Gość (37.30.*.*)
Wojna koreańska (1950–1953) to jeden z najkrwawszych konfliktów XX wieku, który w zbiorowej pamięci Zachodu często pozostaje w cieniu II wojny światowej czy wojny w Wietnamie. Jednak dla mieszkańców Półwyspu Koreańskiego był to czas niewyobrażalnego okrucieństwa, w którym ofiarami padały najsłabsze grupy społeczne, w tym dzieci. Masakry, do których dochodziło w tamtym okresie, nie były dziełem przypadku, lecz wynikiem splotu ideologicznego fanatyzmu, paniki wojennej oraz dehumanizacji przeciwnika.
Główną przyczyną masakr cywilnych, w których ginęły dzieci, była wszechobecna paranoja dotycząca „szpiegów” i „partyzantów”. W początkowej fazie wojny, gdy wojska Korei Północnej błyskawicznie spychały siły Południa i ONZ na południowy kraniec półwyspu, rząd Syngmana Rhee (prezydenta Korei Południowej) wpadł w panikę. Obawiano się, że cywile o lewicowych poglądach lub osoby przymusowo wcielone do organizacji politycznych mogą stać się „piątą kolumną”.
Najbardziej drastycznym przykładem były masakry związane z Ligą Bodo. Była to organizacja „reedukacyjna”, do której przymusowo zapisywano osoby podejrzane o sympatie komunistyczne, ale często trafiali tam zwykli rolnicy skuszeni obietnicą dodatkowych racji żywnościowych. Gdy wybuchła wojna, południowokoreańska żandarmeria i policja zaczęły masowo rozstrzeliwać członków Ligi i ich rodziny. Dzieci ginęły tam ramię w ramię z rodzicami, ponieważ uznawano, że „ziarno komunizmu” należy wyrwać z korzeniami.
W historii tego konfliktu zapisało się kilka konkretnych wydarzeń, które obrazują skalę okrucieństwa wobec najmłodszych:
W doktrynie "wojny totalnej" stosowanej na półwyspie, cywil przestał być osobą postronną. Dzieci często wykorzystywano (lub podejrzewano o bycie wykorzystywanymi) jako zwiadowców lub łączników, co w oczach zbrutalizowanych żołnierzy czyniło z nich "cele militarne".
Można zadać sobie pytanie: jak cywilizowani ludzie mogli dopuścić się takich czynów? Odpowiedź kryje się w procesie dehumanizacji. Propaganda obu stron przedstawiała przeciwnika nie jako człowieka, ale jako „czerwoną zarazę” lub „amerykańskie szakale”. W takim klimacie zabicie dziecka nie było postrzegane jako morderstwo niewinnej istoty, lecz jako eliminacja przyszłego wroga.
Dodatkowo, chaos odwrotu i brak jasnych linii frontu sprawiały, że dowódcy polowi otrzymywali rozkazy „strzelania do wszystkiego, co się rusza i zbliża do pozycji”. Brak odpowiedzialności karnej za zbrodnie wojenne w trakcie trwania konfliktu dawał żołnierzom poczucie bezkarności.
Skutki tych masakr były druzgocące i wielopoziomowe. W krótkim terminie doprowadziły one do gigantycznego kryzysu humanitarnego. Korea została krajem sierot – szacuje się, że po wojnie setki tysięcy dzieci błąkały się po ruinach miast bez żadnej opieki. To właśnie wtedy narodził się system międzynarodowych adopcji z Korei, który trwa do dziś.
Długofalowe skutki są widoczne w psychice narodu i polityce:
Współcześnie pamięć o tych wydarzeniach służy jako przestroga przed tym, do czego prowadzi radykalna polaryzacja społeczeństwa i wojenna retoryka, w której najmniejsi i najbardziej bezbronni płacą najwyższą cenę.