Gość (37.30.*.*)
Historia po II wojnie światowej to nie tylko opowieść o zwycięzcach i pokonanych, ale przede wszystkim o skomplikowanej grze dyplomatycznej, w której moralność często ustępowała miejsca pragmatyzmowi. To, że dzisiaj Austriacy i Włosi rzadziej niż Niemcy biczują się za grzechy przeszłości, nie jest dziełem przypadku. To efekt przemyślanej strategii politycznej, która miała na celu szybką stabilizację Europy w obliczu nadchodzącej zimnej wojny.
Kluczem do zrozumienia austriackiej narracji jest Deklaracja Moskiewska z 1943 roku. Ministrowie spraw zagranicznych ZSRR, USA i Wielkiej Brytanii oficjalnie uznali wtedy Austrię za „pierwszy kraj, który padł ofiarą agresji hitlerowskiej”. Choć w 1938 roku tłumy na Heldenplatz w Wiedniu entuzjastycznie witały Hitlera, alianci potrzebowali zachęty dla Austriaków, by ci zaczęli stawiać opór III Rzeszy.
Ten dokument stał się fundamentem „mitu ofiary”. Po wojnie Austriacy skrzętnie z niego korzystali, przekonując świat (i samych siebie), że Anschluss był przymusową aneksją, a nie dobrowolnym zjednoczeniem. Alianci zachodni przymykali na to oko, bo zależało im na stworzeniu stabilnego, demokratycznego państwa, które nie wpadnie w ręce komunistów. Denazyfikacja w Austrii została przeprowadzona znacznie łagodniej niż w Niemczech, co pozwoliło dawnym urzędnikom i żołnierzom szybko wrócić do normalnego życia.
W przypadku Włoch sytuacja była jeszcze bardziej złożona. Benito Mussolini był twórcą faszyzmu, ale Włochy w 1943 roku dokonały spektakularnego zwrotu akcji. Po obaleniu Duce i podpisaniu zawieszenia broni z aliantami, kraj ten stał się „współwalczącym” (co-belligerent) przeciwko Niemcom.
Włoski ruch oporu (Resistenza) odegrał gigantyczną rolę w wyzwalaniu kraju, co pozwoliło powojennej Italii budować nową tożsamość na micie antyfaszystowskiej walki. Alianci zachodni, szczególnie Amerykanie, potrzebowali Włoch jako bastionu przeciwko silnej tamtejszej partii komunistycznej. Zbyt surowe ukaranie narodu mogłoby pchnąć go prosto w objęcia Stalina. W efekcie powstał kulturowy archetyp „brava gente” – dobrych ludzi, którzy zostali oszukani przez jednego dyktatora i tylko „udawali” faszystów.
To jedno z najciekawszych pytań dotyczących zimnej wojny. Austria, podobnie jak Niemcy, była po wojnie podzielona na cztery strefy okupacyjne. Jednak w 1955 roku doszło do podpisania Austriackiego Traktatu Państwowego, na mocy którego wojska radzieckie wycofały się, a kraj odzyskał pełną niepodległość. Dlaczego Stalin (i jego następcy) na to pozwolili?
Wiedeń po wojnie był jedynym miejscem na świecie, gdzie żołnierze czterech mocarstw (USA, Wielkiej Brytanii, Francji i ZSRR) wspólnie patrolowali ulice w jednym jeepie. Nazywano to „czterema w jednym aucie”. Ten unikalny system trwał aż do 1955 roku i stał się symbolem specyficznego statusu Austrii, która balansowała między Wschodem a Zachodem.
Dziś skutki tych decyzji są widoczne w kulturze i polityce. Niemcy przeszły bolesny proces rozliczenia z przeszłością (Vergangenheitsbewältigung), który stał się częścią ich tożsamości narodowej. W Austrii i we Włoszech proces ten był znacznie bardziej powierzchowny.
Dopiero w latach 80. i 90. XX wieku, m.in. przy okazji skandalu wokół przeszłości prezydenta Kurta Waldheima w Austrii, narody te zaczęły głośniej mówić o swojej współodpowiedzialności. Niemniej jednak, fundamenty położone przez aliantów tuż po wojnie pozwoliły tym społeczeństwom uniknąć traumy „narodu sprawców”, co do dziś wpływa na ich postrzeganie historii II wojny światowej.