Gość (37.30.*.*)
Lata 90. w Polsce to okres, który w zbiorowej pamięci funkcjonuje jako przedziwna mieszanka kolorowej gumy Turbo, pierwszych hamburgerów z McDonald’s i wszechobecnej szarości upadających zakładów pracy. Stwierdzenie, że był to czas „drapieżnego liberalnego kapitalizmu”, nie jest tylko publicystycznym hasłem – to rzeczywistość, która brutalnie zweryfikowała marzenia milionów Polaków o szybkim dobrobycie na wzór zachodni. Czy jednak faktycznie było wtedy gorzej niż dziś? Odpowiedź nie jest czarno-biała, ale liczby i fakty historyczne dają nam dość jasny obraz tamtych lat.
Fundamentem brutalności lat 90. był tzw. Plan Balcerowicza. Polska, przechodząc z gospodarki centralnie planowanej na rynkową, musiała zmierzyć się z hiperinflacją, która w 1990 roku wyniosła niemal 600%. Oszczędności życia wielu osób wyparowały w kilka miesięcy. Choć reforma pozwoliła na szybkie zapełnienie sklepowych półek, dla wielu obywateli stały się one niedostępne z powodu braku pieniędzy.
Drapieżność tego okresu objawiała się w braku jakichkolwiek mechanizmów osłonowych. Państwowe przedsiębiorstwa, które wcześniej dawały zatrudnienie całym miastom, upadały jedno po drugim. Likwidacja PGR-ów (Państwowych Gospodarstw Rolnych) doprowadziła do powstania enklaw strukturalnej biedy, z której skutkami niektóre regiony Polski zmagają się do dzisiaj. Bezrobocie, które w PRL oficjalnie nie istniało, wystrzeliło do poziomu kilkunastu procent, by na początku kolejnej dekady otrzeć się o przerażające 20%.
Twierdzenie, że system był brutalniejszy dla każdego, od przedszkolaka po seniora, znajduje potwierdzenie w ówczesnej strukturze społecznej. Seniorzy, przyzwyczajeni do stabilności i opiekuńczej roli państwa, nagle znaleźli się w świecie, w którym ich emerytury stały się głodowe, a ceny leków i czynszów zaczęły dyktować „prawa rynku”. Dla wielu osób starszych transformacja była końcem świata, który znali, i początkiem walki o przetrwanie.
Z kolei dzieci i młodzież lat 90. dorastały w cieniu ogromnych rozwarstwień społecznych. Z jednej strony pojawiały się pierwsze komputery i zagraniczne zabawki, z drugiej – w szkołach coraz wyraźniej widać było podział na „bogate dzieci” i te, których rodzice stracili pracę w zamykanej fabryce. Brak programów socjalnych (takich jak dzisiejsze 800+) sprawiał, że bieda była dziedziczna i bardzo widoczna.
Symbolem drapieżnego kapitalizmu lat 90. stały się tzw. szczęki – metalowe budy handlowe, które masowo pojawiały się w centrach miast (np. pod Pałacem Kultury w Warszawie). Ludzie sprzedawali w nich wszystko: od kaset magnetofonowych po tureckie swetry. Był to kapitalizm w wersji „zrób to sam”, gdzie każdy próbował być przedsiębiorcą, bo często nie miał innej alternatywy na przeżycie.
Jeśli szukamy dowodu na to, że lata 90. były brutalniejsze niż obecne czasy, wystarczy spojrzeć na statystyki przestępczości. To była era potężnych grup przestępczych – mafii pruszkowskiej i wołomińskiej. Strzelaniny w miejscach publicznych, wybuchy bomb pod restauracjami czy powszechne wymuszanie haraczy od drobnych przedsiębiorców były codziennością relacjonowaną w wieczornych wiadomościach.
Dla przeciętnego obywatela zagrożenie było bardziej przyziemne: kradzieże samochodów na masową skalę, włamania do mieszkań i kradzieże „na wyrwę” (torebek czy łańcuszków) były znacznie częstsze niż dzisiaj. Policja, będąca w trakcie transformacji z milicji, była niedofinansowana, słabo wyposażona i często bezradna wobec brutalności świata przestępczego.
Porównując lata 90. do współczesności, warto zwrócić uwagę na kilka kluczowych różnic:
Z drugiej strony, dzisiejsze czasy przynoszą nowe wyzwania, których nie znali ludzie w latach 90., takie jak kryzys mieszkaniowy (wtedy mieszkania były tanie, choć trudniej dostępne kredytowo) czy ogromna presja psychiczna związana z mediami społecznościowymi.
Stwierdzenie o brutalności lat 90. jest w dużej mierze prawdziwe. Był to czas ogromnej szansy dla jednostek przebojowych i bezwzględnych, ale jednocześnie okres wielkiego opuszczenia przez państwo osób słabszych, chorych czy mieszkających w mniejszych miejscowościach. Liberalizm tamtych lat nie miał „ludzkiej twarzy” – był nastawiony na szybki wzrost PKB kosztem spokoju i bezpieczeństwa socjalnego obywateli. Choć nostalgia pozwala nam pamiętać głównie kolorowe reklamy i smak gumy balonowej, dla większości Polaków była to dekada ciężkiej walki o odnalezienie się w nowej, nieznanej i często bezlitosnej rzeczywistości.