Gość (37.30.*.*)
Hiszpania w okresie II wojny światowej to jeden z najbardziej fascynujących przypadków dyplomatycznego balansowania na krawędzi. Choć kraj ten oficjalnie nie przystąpił do konfliktu, jego rola i wpływ na powojenne losy Europy są nie do przecenienia. Decyzja Francisco Franco o zachowaniu neutralności (a później statusu państwa „niewojującego”) bezpośrednio wpłynęła na to, że reżim autorytarny przetrwał w Madrycie aż do połowy lat 70. XX wieku, podczas gdy reszta Europy Zachodniej cieszyła się wolnością i demokracją.
Gdyby Hiszpania zdecydowała się na otwarte wsparcie państw Osi, jej los po 1945 roku byłby niemal na pewno zbieżny z losem Włoch czy Niemiec. Alianci, po pokonaniu Hitlera i Mussoliniego, prawdopodobnie nie zatrzymaliby się na Pirenejach. Inwazja na Hiszpanię i obalenie Franco byłyby naturalnym krokiem w procesie „denazyfikacji” kontynentu. Dzięki temu, że Hiszpania formalnie pozostała poza konfliktem, Franco uniknął bezpośredniej konfrontacji militarnej z aliantami zachodnimi.
Po wojnie Hiszpania znalazła się w izolacji międzynarodowej, ale sytuacja ta nie trwała długo. Rozpoczynająca się zimna wojna sprawiła, że Stany Zjednoczone zaczęły postrzegać Franco nie jako byłego sojusznika Hitlera, ale jako zagorzałego antykomunistę. Strategiczne położenie Hiszpanii stało się dla Waszyngtonu cenniejsze niż wprowadzanie tam demokracji siłą. W efekcie neutralność pozwoliła reżimowi „przeczekać” najgorszy okres i zakotwiczyć się w nowym, dwubiegunowym świecie, co opóźniło demokratyzację kraju o trzy dekady – aż do śmierci dyktatora w 1975 roku.
To jedno z najpopularniejszych pytań z zakresu historii alternatywnej. Kluczowym punktem strategicznym był Gibraltar. Gdyby Hiszpania dołączyła do Osi w 1940 lub 1941 roku, Niemcy mogliby zrealizować plan znany jako Operacja Felix. Zdobycie Gibraltaru oznaczałoby „zamknięcie” Morza Śródziemnego dla brytyjskiej marynarki wojennej.
Taki scenariusz miałby kolosalne skutki:
Mimo tych potencjalnych sukcesów, większość historyków uważa, że przystąpienie Hiszpanii do wojny jedynie przedłużyłoby konflikt, a nie zmieniło jego ostateczny wynik. Hiszpania była krajem całkowicie wyniszczonym po wojnie domowej (1936–1939). Brakowało tam żywności, surowców i nowoczesnego uzbrojenia. Franco, będąc twardym negocjatorem, zażądał od Hitlera ogromnych dostaw zboża i paliwa, których Niemcy nie były w stanie zapewnić.
W październiku 1940 roku doszło do słynnego spotkania Hitlera z Franco w Hendaye. Rozmowy były tak frustrujące dla niemieckiego dyktatora, że później miał on powiedzieć Mussoliniemu: „Wolałbym dać sobie wyrwać trzy lub cztery zęby, niż jeszcze raz przejść przez taką rozmowę”. Franco celowo stawiał zaporowe warunki, wiedząc, że jego kraj nie przetrwa kolejnej wojny.
Nawet jeśli Gibraltar by upadł, machina przemysłowa Stanów Zjednoczonych i ogrom zasobów ludzkich Związku Radzieckiego prawdopodobnie i tak przeważyłyby szalę zwycięstwa na stronę aliancką. Hiszpania stałaby się dla Hitlera kolejnym ciężarem, podobnie jak Włochy, wymagającym stałego wsparcia militarnego i gospodarczego.
Otwarcie „frontu iberyjskiego” zmusiłoby aliantów do lądowania na Półwyspie, co mogłoby opóźnić inwazję w Normandii (D-Day). Wojna mogłaby potrwać rok lub dwa lata dłużej, co w dobie prac nad bronią atomową mogłoby doprowadzić do tragicznych skutków dla samej Europy.
Warto pamiętać, że choć Hiszpania nie brała udziału w walkach jako państwo, tysiące hiszpańskich ochotników walczyło na froncie wschodnim w szeregach Błękitnej Dywizji (División Azul), co było swoistą „spłatą długu” Franco wobec Hitlera za pomoc w hiszpańskiej wojnie domowej. To pokazuje, jak skomplikowana i niejednoznaczna była polityka Madrytu w tamtym czasie.