Gość (37.30.*.*)
Debata na temat granic wolności słowa, mowy nienawiści i odpowiedzialności za słowo to jeden z najgorętszych tematów współczesnego dyskursu publicznego. Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że walka z nienawistnymi komentarzami to dążenie do ograniczenia ekspresji, wielu badaczy i aktywistów patrzy na to z zupełnie innej perspektywy. Twierdzą oni, że to właśnie mowa nienawiści sama w sobie stanowi formę cenzury. Jak to możliwe? I dlaczego niektórzy domagają się surowych kar za pomówienia? Przyjrzyjmy się argumentom obu stron.
Tradycyjne rozumienie cenzury kojarzy się nam z odgórnymi zakazami wydawanymi przez państwo. Jednak przeciwnicy mowy nienawiści wskazują na zjawisko określane jako "efekt mrożący" (ang. chilling effect). Ich zdaniem agresja słowna skierowana przeciwko konkretnym grupom – ze względu na ich pochodzenie, orientację, wyznanie czy płeć – nie jest po prostu "opinią", ale narzędziem dominacji, które ma na celu wykluczenie tych osób z debaty publicznej.
Kiedy jednostka lub grupa jest systematycznie atakowana, zalewana falą hejtu i dehumanizowana, często podejmuje decyzję o wycofaniu się z przestrzeni publicznej. W ten sposób mowa nienawiści "cenzuruje" ofiary:
W tym ujęciu regulacje dotyczące mowy nienawiści nie są ograniczaniem wolności, lecz próbą przywrócenia równowagi, by każdy mógł korzystać ze swojego prawa do wypowiedzi bez obawy o zniszczenie życia prywatnego czy zawodowego.
Pomówienie (zniesławienie) to sytuacja, w której o kimś rozpowszechniane są nieprawdziwe informacje mogące poniżyć tę osobę w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego do wykonywania zawodu. W Polsce głośne dyskusje budzi zwłaszcza artykuł 212 Kodeksu karnego. Zwolennicy utrzymania wysokich kar za takie czyny podnoszą kilka kluczowych argumentów.
Dla wielu osób godność osobista i dobre imię są wartościami nadrzędnymi, niemal tak samo ważnymi jak nietykalność cielesna. Argumentują oni, że wolność słowa kończy się tam, gdzie zaczyna się bezpodstawne niszczenie drugiego człowieka. Wysokie kary mają być sygnałem, że państwo traktuje ochronę czci obywatela poważnie.
W dobie internetu kłamstwo rozprzestrzenia się w ułamku sekundy. Raz opublikowane pomówienie może ciągnąć się za ofiarą latami, nawet jeśli zostanie później sprostowane. Zwolennicy surowych sankcji uważają, że tylko widmo dotkliwej kary finansowej lub ograniczenia wolności jest w stanie powstrzymać kogoś przed świadomym kłamstwem. Niskie kary mogłyby zostać "wliczone w koszty" przez nieuczciwych konkurentów politycznych czy biznesowych.
Współcześnie pomówienie rzadko jest dziełem przypadku. Często to zaplanowane kampanie mające na celu zniszczenie autorytetu danej osoby. Proponenci wysokich kar wskazują, że w obliczu zorganizowanych działań dezinformacyjnych, prawo musi posiadać "ostre zęby", aby skutecznie chronić porządek społeczny i prawdę w przestrzeni informacyjnej.
W dyskusji o mowie nienawiści często przywołuje się tzw. paradoks tolerancji sformułowany przez Karla Poppera. Filozof ten zauważył, że jeśli społeczeństwo jest bezgranicznie tolerancyjne – nawet wobec tych, którzy głoszą nietolerancję i dążą do zniszczenia demokratycznych swobód – to w końcu tolerancja zostanie zniszczona wraz z tolerancyjnymi ludźmi. Dlatego, zdaniem Poppera, w obronie tolerancji mamy prawo nie tolerować nietolerancyjnych. To właśnie ten koncept leży u podstaw wielu współczesnych przepisów ograniczających mowę nienawiści.
Głównym wyzwaniem dla ustawodawców pozostaje znalezienie granicy, która pozwoli chronić ofiary przed agresją i kłamstwem, a jednocześnie nie stanie się narzędziem do uciszania niewygodnej krytyki (np. dziennikarskiej). Przeciwnicy surowych kar za pomówienie często podnoszą, że mogą one służyć politykom do blokowania śledztw dotyczących korupcji. Z kolei zwolennicy odpowiadają, że rzetelna krytyka oparta na faktach nigdy nie jest pomówieniem.
Spór ten pokazuje, że słowa mają realną moc – mogą budować wspólnotę, ale mogą też być bronią, przed którą prawo stara się wypracować skuteczną tarczę.