Gość (37.30.*.*)
Wyobraź sobie polską salę rozpraw, która nagle zaczyna przypominać sceny z amerykańskich seriali prawniczych. Prokurator i obrońca spotykają się na korytarzu, by „dobić targu”, a sędzia, zamiast prowadzić wielomiesięczne postępowanie dowodowe, jedynie sprawdza, czy wynegocjowana ugoda mieści się w granicach prawa. Taka wizja to kompletne odwrócenie fundamentów, na których opiera się polski system prawny. Wprowadzenie szerokich ugód wzorowanych na amerykańskim plea bargaining oraz przejście na system sumowania kar (zamiast obecnej zasady pełnej lub częściowej absorpcji) wywołałoby prawdziwe trzęsienie ziemi w sądownictwie, więziennictwie i życiu obywateli.
Głównym celem wprowadzenia ugód w stylu amerykańskim byłoby radykalne przyspieszenie pracy sądów. Obecnie polskie procesy karne potrafią ciągnąć się latami, głównie ze względu na konieczność przeprowadzenia każdego dowodu przed sądem, nawet jeśli wina oskarżonego wydaje się oczywista. W systemie amerykańskim ponad 90% spraw karnych kończy się ugodą przed procesem.
Gdyby Polska przyjęła ten model, rola sędziego zmieniłaby się z „poszukiwacza prawdy materialnej” w „strażnika procedur”. Sędzia nie analizowałby już każdego zeznania świadka, a jedynie zatwierdzałby porozumienie między stronami. Dla przeciętnego obywatela oznaczałoby to, że sprawa o kradzież czy oszustwo, która dziś trwa dwa lata, mogłaby zakończyć się na jednym posiedzeniu trwającym 15 minut. To ogromna oszczędność czasu i pieniędzy podatników.
Obecnie w Polsce obowiązuje system kary łącznej, oparty najczęściej na zasadzie asperacji lub absorpcji. W praktyce oznacza to, że jeśli ktoś popełni dziesięć kradzieży, za które grozi po 2 lata więzienia, nie pójdzie za kratki na 20 lat. Sąd wymierzy mu karę łączną, która będzie znacznie niższa niż suma tych wyroków – np. 4 lub 5 lat.
Wprowadzenie sumowania kar cząstkowych (system kumulatywny) całkowicie zmieniłoby tę logikę.
W sprawach cywilnych rewolucja polegałaby na jeszcze większej swobodzie kontraktowej. Ugody zatwierdzane przez sąd pod kątem formalnym pozwoliłyby na szybkie kończenie sporów o odszkodowania czy podziały majątku, bez konieczności powoływania dziesiątek biegłych. Strony mogłyby „handlować” roszczeniami w sposób znacznie bardziej elastyczny niż obecnie.
W sprawach nieletnich system ugód mógłby kłaść większy nacisk na sprawiedliwość naprawczą. Zamiast sformalizowanego postępowania wychowawczego, nieletni wraz z opiekunami i prokuratorem mogliby ustalać konkretne formy zadośćuczynienia (np. prace społeczne, wolontariat), co mogłoby przynieść lepsze skutki resocjalizacyjne niż standardowe środki poprawcze.
W Stanach Zjednoczonych system plea bargaining nie wynika tylko z chęci przyspieszenia spraw, ale z samej konstrukcji procesu. Proces przed ławą przysięgłych jest niezwykle drogi, skomplikowany i nieprzewidywalny. Ugoda daje obu stronom pewność – prokurator ma skazanie (statystyki), a oskarżony niższą karę niż ta, którą mógłby otrzymać po przegranym procesie.
Choć wizja szybkich procesów brzmi kusząco, niesie ze sobą poważne zagrożenia, o których często wspominają krytycy systemu amerykańskiego:
Adwokaci i radcowie prawni musieliby stać się przede wszystkim negocjatorami, a nie tylko ekspertami od przepisów i retoryki sądowej. Umiejętność „wyhandlowania” korzystnych warunków stałaby się kluczową kompetencją na rynku. Z kolei prokuratorzy zyskaliby ogromną władzę dyskrecjonalną – to od ich decyzji zależałoby, komu zaproponować łagodną ugodę, a kogo postawić przed widmem sumowania kar.
Wprowadzenie takich zmian w Polsce wymagałoby nie tylko nowelizacji kodeksów, ale przede wszystkim zmiany mentalności sędziów i prokuratorów, którzy od dziesięcioleci są kształceni w duchu inkwizycyjności i dążenia do ustalenia rzeczywistego przebiegu zdarzeń. To byłaby reforma, która zmieniłaby polskie prawo z systemu opartego na autorytecie państwa w system oparty na swoistym „rynku sprawiedliwości”.