Gość (37.30.*.*)
W dzisiejszym świecie, w którym niemal każdy ma dostęp do internetu i mediów społecznościowych, walka o przekonania przybiera najróżniejsze formy. Kiedyś, aby coś zmienić, trzeba było wyjść na ulicę z transparentem. Dziś wystarczy smartfon, klawiatura lub... odrobina umiejętności programistycznych. Choć terminy aktywista, haktywista i kaktywista brzmią podobnie, kryją się pod nimi zupełnie inne metody działania, poziomy ryzyka i cele. Zrozumienie tych różnic pozwala lepiej odnaleźć się w gąszczu współczesnych ruchów społecznych.
Aktywista to pojęcie najszersze i najbardziej tradycyjne. To osoba, która podejmuje świadome działania, aby doprowadzić do zmiany społecznej, politycznej, ekologicznej lub gospodarczej. Aktywizm opiera się na bezpośrednim zaangażowaniu. Może to być organizowanie manifestacji, pisanie petycji, lobbowanie u polityków czy praca u podstaw w organizacjach pozarządowych.
Kluczową cechą aktywisty jest jawność działania i często fizyczna obecność tam, gdzie dzieje się problem. Aktywiści działają w ramach (choć czasem na granicy) prawa, starając się wpłynąć na opinię publiczną i decydentów poprzez edukację i nagłaśnianie konkretnych spraw. Przykładem mogą być działacze klimatyczni, obrońcy praw zwierząt czy osoby walczące o prawa człowieka.
Termin „haktywista” powstał z połączenia słów „haker” i „aktywista”. To osoba lub grupa osób, która wykorzystuje umiejętności techniczne i luki w zabezpieczeniach systemów komputerowych, aby przekazać określony komunikat polityczny lub społeczny. Dla haktywisty kod jest bronią, a internet polem bitwy.
W przeciwieństwie do tradycyjnych aktywistów, haktywiści często działają anonimowo i niejednokrotnie łamią prawo. Ich działania mogą obejmować:
Najbardziej znanym przykładem haktywizmu jest kolektyw Anonymous, który zasłynął licznymi akcjami wymierzonymi w rządy, sekty czy wielkie korporacje.
Pojęcie „kaktywista” (często utożsamiane z angielskim terminem slacktivist lub clicktivist) odnosi się do osób, których zaangażowanie ogranicza się do sfery wirtualnej i wymaga minimalnego wysiłku. Nazwa ta bywa używana nieco prześmiewczo (połączenie „kanapy” i „aktywisty”), sugerując, że takie działanie służy bardziej poprawie samopoczucia autora niż realnej zmianie.
Kaktywista wspiera sprawy poprzez:
Choć kaktywizm jest często krytykowany za powierzchowność, nie można mu odmówić jednej ważnej funkcji: zasięgu. Dzięki milionom „kliknięć” dana sprawa może stać się viralem, co z kolei przyciąga uwagę mediów i „prawdziwych” aktywistów, którzy mogą przekuć ten szum w realne działania.
Aby łatwiej odróżnić te trzy postawy, warto spojrzeć na nie przez pryzmat trzech kryteriów: narzędzi, ryzyka i zaangażowania.
Warto zatrzymać się przy kaktywizmie, bo to on budzi najwięcej kontrowersji. Psychologia społeczna wskazuje na zjawisko „moralnego rozgrzeszenia” – po podpisaniu petycji online czujemy, że „zrobiliśmy swoje” i rzadziej angażujemy się w realną pomoc finansową czy wolontariat. Z drugiej strony, ruchy takie jak #BlackLivesMatter czy #MeToo zaczęły się właśnie od kaktywizmu, by ostatecznie zmienić prawo i mentalność milionów ludzi na całym świecie.
Choć dziś kojarzy się z nowoczesnymi technologiami, termin „hacktivism” został ukuty już w 1994 roku przez członka grupy Cult of the Dead Cow (cDc) o pseudonimie „Omega”. Grupa ta chciała odróżnić destrukcyjne działania hakerskie (cracking) od działań mających na celu walkę o wolność słowa i dostęp do informacji. To pokazuje, że u podstaw haktywizmu od zawsze leżała ideologia, a nie chęć zysku.