Gość (185.187.*.*)
Określenie „fun lovin' criminal” to termin, który na stałe zapisał się w popkulturze, głównie za sprawą amerykańskiego zespołu muzycznego o tej samej nazwie. Choć dosłowne tłumaczenie to „przestępca kochający zabawę”, znaczenie tego zwrotu jest znacznie głębsze i odnosi się do konkretnego stylu życia, pewnej postawy oraz estetyki, która miesza świat przestępczy z elegancją, luzem i dobrym humorem.
Największą popularność termin ten zyskał w latach 90. XX wieku, kiedy to w Nowym Jorku powstała grupa Fun Lovin' Criminals. Ich muzyka była unikalną mieszanką rocka, hip-hopu, jazzu i bluesa, a teksty często nawiązywały do życia w wielkim mieście, nocnych klubów i drobnych przekrętów, ale podanych w bardzo stylowy sposób.
Dla członków zespołu, a zwłaszcza dla ich lidera Hueya Morgana, „fun lovin' criminal” to postać, która żyje na krawędzi prawa, ale nie jest brutalnym bandytą. To raczej „uroczy łobuz” (ang. lovable rogue), który ceni sobie dobre drinki, markowe ubrania i towarzystwo pięknych kobiet, a ewentualne konflikty z prawem traktuje jako element swojej barwnej biografii.
Jeśli mielibyśmy rozłożyć to określenie na czynniki pierwsze, otrzymamy obraz osoby, która łączy w sobie sprzeczności:
W szerszym kontekście kulturowym termin ten opisuje archetyp postaci, która jest świadoma swoich wad i „grzeszków”, ale potrafi o nich opowiadać z dystansem i humorem, co sprawia, że budzi sympatię otoczenia.
Nie da się ukryć, że na rozumienie tego terminu ogromny wpływ miało kino lat 90. Zespół Fun Lovin' Criminals w swoim największym hicie, „Scooby Snacks”, wykorzystał sample z filmów Quentina Tarantino – Pulp Fiction oraz Wściekłe psy. To idealnie obrazuje, kim jest taki „przestępca”: to postać filmowa, która może i planuje napad na bank, ale w międzyczasie prowadzi fascynujący dialog o burgerach w Europie lub o tym, czy dawanie napiwków jest słuszne.
To właśnie ta „filmowość” sprawia, że określenie to nie jest obraźliwe. Nikt nie nazwałby tak groźnego recydywisty. To termin zarezerwowany dla kogoś, kto ma w sobie nutkę buntu, ale przede wszystkim jest duszą towarzystwa.
Lider zespołu Fun Lovin' Criminals, Huey Morgan, zanim stał się gwiazdą rocka, rzeczywiście miał problemy z prawem. Jako nastolatek w Nowym Jorku brał udział w drobnych kradzieżach, a sędzia dał mu wybór: więzienie albo służba w piechocie morskiej (Marines). Morgan wybrał wojsko, co później pomogło mu wyjść na prostą i zainspirowało go do stworzenia wizerunku „nawróconego”, ale wciąż kochającego zabawę buntownika.
Dziś „fun lovin' criminal” to raczej termin nostalgiczny, przypominający o złotej erze nowojorskiego coolu lat 90. Niemniej jednak, w języku angielskim wciąż używa się go do opisania kogoś, kto jest niepokorny, ale przy tym niezwykle sympatyczny. To synonim życia według własnych zasad, z uśmiechem na ustach i szklanką whisky w dłoni.
Warto pamiętać, że w tym przypadku „criminal” nie odnosi się do realnej krzywdy wyrządzanej innym, lecz do metaforycznego łamania konwenansów i nudnej, szarej codzienności. To hołd dla wolności i radości z życia, nawet jeśli czasem bywa ono nieco ryzykowne.