Gość (37.30.*.*)
Temat mowy inkluzywnej budzi w Polsce ogromne emocje, często stając się zarzewiem gorących dyskusji światopoglądowych. Warto jednak przyjrzeć się faktom językowym, ponieważ wiele obaw wynika z nieporozumień dotyczących tego, jak faktycznie działają mechanizmy gramatyczne i jakie są cele osób stosujących formy włączające. Przede wszystkim trzeba wyjaśnić jedno: współczesna mowa inkluzywna wcale nie dąży do wyeliminowania zaimka „ja”. Indywidualizm i tożsamość jednostki pozostają fundamentem komunikacji, a zmiany, o których słyszymy, dotyczą raczej rozszerzenia dostępnego wachlarza form niż zastępowania jednych drugimi.
Używanie formy „my” zamiast „ja” (tzw. pluralis maiestatis lub pluralis modestiae) ma w języku polskim bardzo długą tradycję, która sięga wieków przed powstaniem ideologii komunistycznej. Historycznie formy tej używali władcy, hierarchowie kościelni, a później naukowcy w pracach akademickich („w niniejszej pracy wykazaliśmy”, zamiast „wykazałem”).
W kontekście mowy inkluzywnej „my” pojawia się najczęściej w działaniach aktywistycznych i wspólnotowych. Nie wynika to z chęci narzucenia kolektywizmu rodem z poprzedniego ustroju, lecz z próby budowania poczucia solidarności i reprezentowania grupy, a nie tylko jednostki. W codziennej rozmowie o sobie nikt nie zastępuje „ja” zaimkiem „my” w sposób systemowy – byłoby to po prostu nienaturalne i niezrozumiałe dla odbiorcy.
Zastosowanie rodzaju neutralnego (ono/jego) w odniesieniu do osób jest jednym z najbardziej dyskutowanych elementów współczesnej polszczyzny. Osoby niebinarne, które nie identyfikują się ani jako mężczyźni, ani jako kobiety, szukają sposobu na wyrażenie siebie w języku, który jest silnie zmaskulinizowany lub sfeminizowany.
Wybór zaimka „ono” (lub form pochodnych, jak tzw. dukaizmy, np. „onu”, „moje”) wynika z faktu, że język polski posiada naturalnie występujący rodzaj nijaki. Choć tradycyjnie rezerwowano go dla dzieci (to dziecko) lub obiektów nieożywionych, dla wielu osób stał się on najbardziej logicznym wyjściem z binarnego podziału on/ona.
W pytaniu pojawia się teza, że zaimek „ono” jest problematyczny, bo nie posiada osobnej formy w czasie teraźniejszym. Z lingwistycznego punktu widzenia sytuacja wygląda jednak odwrotnie. W języku polskim czas teraźniejszy jest wyjątkowo „bezpieczny” dla mowy inkluzywnej, ponieważ formy czasownika w trzeciej osobie liczby pojedynczej są identyczne dla wszystkich rodzajów:
To właśnie w czasie teraźniejszym rodzaj gramatyczny podmiotu nie wpływa na końcówkę czasownika. Prawdziwe wyzwanie pojawia się w czasie przeszłym, gdzie rodzaj jest wyraźnie zaznaczony:
Zatem to nie brak osobnej formy w czasie teraźniejszym jest problemem, lecz fakt, że język polski zmusza nas do określenia rodzaju niemal w każdym innym kontekście (przymiotniki, imiesłowy, czas przeszły).
Język nigdy nie jest tworem statycznym. Zmienia się wraz z tym, jak zmienia się społeczeństwo. Kiedyś słowo „kobieta” było obelżywe, a dziś jest neutralnym określeniem. Podobnie dzieje się z formami inkluzywnymi.
Warto wiedzieć, że polszczyzna jest językiem wyjątkowo „trudnym” do neutralizacji płciowej ze względu na swoją fleksję. W języku angielskim zaimek „they” (używany w liczbie pojedynczej) przyjął się stosunkowo łatwo, ponieważ czasowniki nie odmieniają się tam przez rodzaje. W Polsce proces ten jest znacznie bardziej skomplikowany i opiera się na eksperymentach językowych.
Jeśli forma „ono” wydaje się komuś zbyt uprzedmiotawiająca, warto wiedzieć, że społeczności osób niebinarnych tworzą własne systemy, takie jak dukaizmy (od nazwiska pisarza Jacka Dukaja, który w powieści „Perfekcyjna niedoskonałość” stworzył formy dla istot postludzkich). Przykłady to:
Choć dla przeciętnego użytkownika języka brzmią one egzotycznie, są dowodem na to, że polszczyzna jest żywym organizmem, który potrafi generować nowe rozwiązania w odpowiedzi na potrzeby swoich użytkowników.
Psycholingwistyka wskazuje, że przyzwyczajenia językowe są jednymi z najsilniejszych nawyków, jakie posiadamy. Zmiana zaimka lub formy gramatycznej wymaga od nas większego wysiłku poznawczego. Dodatkowo, język jest silnie powiązany z tożsamością. Gdy słyszymy formy, które odbiegają od normy, nasz mózg interpretuje to jako błąd lub sygnał obcości.
Jednak mowa inkluzywna nie jest odgórnym dekretem, który ma karać za używanie słowa „ja”. Jest raczej zaproszeniem do większej uważności na to, jak inni chcą być nazywani. W większości przypadków wystarczy zapytać drugą osobę o jej preferencje, zamiast zakładać, że język musi być polem walki ideologicznej. Nie ma dowodów na to, by współczesne trendy językowe miały na celu powrót do kolektywizmu – wręcz przeciwnie, dążą one do tego, by każde „ja”, niezależnie od swojej formy, czuło się w języku u siebie.