Gość (83.4.*.*)
Emocje towarzyszące rozstaniom, rodzinnym kłótniom czy konfliktom zawodowym bywają tak silne, że naturalnym odruchem wydaje się szukanie wsparcia u innych. W dobie mediów społecznościowych to „szukanie wsparcia” często przybiera formę publicznego wyliczania cudzych błędów, publikowania screenów prywatnych rozmów czy opisywania intymnych szczegółów z życia innych osób. Choć potocznie nazywamy to „praniem brudów”, w świetle polskiego prawa wiele z tych zachowań może skończyć się w sądzie – i to zarówno na drodze cywilnej, jak i karnej.
Najpoważniejszą konsekwencją publicznego atakowania kogoś w sieci lub w rzeczywistości jest oskarżenie o zniesławienie. Zgodnie z art. 212 Kodeksu karnego, kto pomawia inną osobę o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.
Co ważne, jeśli robimy to za pomocą środków masowego komunikowania (np. post na Facebooku, Instagramie czy TikToku), kara może być surowsza i obejmować nawet rok pozbawienia wolności. Warto pamiętać, że nawet jeśli mówimy prawdę, ale dotyczy ona życia prywatnego, rodzinnego lub intymnego, jej publiczne rozgłaszanie może być karalne, chyba że służy to obronie społecznie uzasadnionego interesu. W przypadku „prania brudów” o taki interes zazwyczaj trudno.
O ile zniesławienie dotyczy konkretnych zarzutów (np. „on kradnie”), o tyle znieważenie odnosi się do formy wypowiedzi. Jeśli w publicznym wpisie używamy wulgaryzmów pod adresem drugiej osoby, wyzywamy ją lub staramy się ją upokorzyć samym doborem słów, narażamy się na odpowiedzialność z art. 216 Kodeksu karnego. Tutaj nie ma znaczenia, czy mamy rację w sporze – liczy się to, że nasza wypowiedź narusza godność drugiego człowieka.
Oprócz odpowiedzialności karnej, osoba „obmówiona” może wystąpić na drogę cywilną. Kodeks cywilny (art. 23 i 24) chroni takie dobra jak nazwisko, wizerunek, prywatność czy cześć. Jeśli publiczne pranie brudów narusza te wartości, poszkodowany może domagać się:
Warto wiedzieć, że sądy coraz częściej zasądzają wysokie kwoty zadośćuczynienia, szczególnie gdy zasięg szkodliwego wpisu był duży.
Częstym elementem publicznych kłótni jest udostępnianie zrzutów ekranu z prywatnych rozmów na Messengerze czy WhatsAppie. Choć wiele osób uważa, że „skoro to rozmowa ze mną, to mogę ją pokazać”, prawo mówi co innego. Tajemnica korespondencji jest chroniona konstytucyjnie. Publikując czyjeś słowa bez jego zgody, naruszamy sferę prywatności tej osoby.
Podobnie sytuacja wygląda z wizerunkiem. Udostępnienie zdjęcia byłego partnera czy nielubianego sąsiada w kontekście oskarżeń bez jego zgody jest niemal zawsze bezprawne. Wyjątkiem są sytuacje, gdy osoba ta otrzymała zapłatę za pozowanie lub jest osobą powszechnie znaną (choć i tu istnieją ścisłe granice związane z pełnieniem funkcji publicznych).
Jeśli publiczne pranie brudów nie jest jednorazowym incydentem, ale przeradza się w regularną kampanię nienawiści, może zostać zakwalifikowane jako stalking. Jeśli czyjeś zachowanie wzbudza u ofiary uzasadnione poczucie zagrożenia, poniżenia lub istotnie narusza jej prywatność, sprawca może trafić do więzienia nawet na 8 lat (a jeśli ofiara targnie się na własne życie – nawet na 15 lat). Systematyczne publikowanie postów na czyjś temat, oznaczanie tej osoby i zachęcanie innych do hejtu idealnie wpisuje się w definicję uporczywego nękania.
W polskim prawie istnieje pojęcie „kontratypu prawdy”. Oznacza to, że w pewnych sytuacjach nie popełnia przestępstwa zniesławienia ten, kto publicznie podnosi prawdziwy zarzut. Jednak w przypadku życia prywatnego zasada ta jest bardzo ograniczona – prawo wychodzi z założenia, że pewne sprawy powinny zostać między zainteresowanymi stronami, a ich publiczne wywlekanie nie służy nikomu poza zaspokojeniem ciekawości gapiów.