Gość (188.146.*.*)
Kiedy myślimy o podróżach międzygwiezdnych, zazwyczaj przed oczami mamy spektakularne widoki Ziemi z okien stacji kosmicznej lub spacery w lśniących skafandrach. Rzadko jednak zastanawiamy się nad prozą życia, która w warunkach mikrograwitacji staje się nie lada wyzwaniem inżynieryjnym. Jednym z najczęściej zadawanych pytań astronautom po powrocie na Ziemię jest: „Jak wy to właściwie robicie w toalecie?”. Odpowiedź jest fascynująca, nieco skomplikowana i udowadnia, że w kosmosie nawet najprostsza czynność fizjologiczna wymaga precyzji i zaawansowanej technologii.
Na Ziemi sprawa jest prosta – grawitacja wykonuje za nas większość pracy, kierując nieczystości tam, gdzie ich miejsce. W kosmosie, na przykład na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS), panuje stan nieważkości. Oznacza to, że wszystko, co nie jest przytwierdzone, zaczyna dryfować. Gdyby astronauci korzystali z tradycyjnych toalet, skutki byłyby opłakane i bardzo niehigieniczne.
Aby rozwiązać ten problem, inżynierowie z NASA i innych agencji kosmicznych musieli zastąpić grawitację innym zjawiskiem fizycznym: przepływem powietrza. Kosmiczna toaleta działa w zasadzie jak bardzo zaawansowany i cichy odkurzacz, który zasysa wszystko, co powinno znaleźć się wewnątrz urządzenia.
Toaleta na ISS, oficjalnie nazywana Universal Waste Management System (UWMS), jest znacznie mniejsza niż te, które mamy w domach. Składa się z kilku kluczowych elementów, które pozwalają na bezpieczne i higieniczne załatwienie potrzeb:
Do oddawania moczu astronauci używają specjalnego, elastycznego węża zakończonego lejkiem. Istnieją różne końcówki lejka, dostosowane do anatomii kobiet i mężczyzn. Po włączeniu systemu, wentylatory wytwarzają podciśnienie, które wciąga płyn do środka węża. Co ciekawe, na stacji kosmicznej nic się nie marnuje. Mocz jest transportowany do zaawansowanego systemu odzyskiwania wody, gdzie zostaje przefiltrowany, oczyszczony i przetworzony z powrotem w wodę pitną. Jak mawiają astronauci: „dzisiejsza kawa to jutrzejsza kawa”.
W przypadku „grubszej sprawy” proces jest nieco bardziej skomplikowany. Astronauta musi usiąść na niewielkim otworze toalety. Aby nie odlecieć w trakcie procesu, korzysta się ze specjalnych uchwytów na nogi i pasów biodrowych, które utrzymują ciało w odpowiedniej pozycji. Tutaj również kluczową rolę odgrywa zasysane powietrze, które kieruje nieczystości do specjalnego worka. Po zakończeniu, worek jest szczelnie zamykany i trafia do pojemnika zbiorczego.
W przeciwieństwie do moczu, odpady stałe nie są poddawane recyklingowi na pokładzie stacji. Są one gromadzone w specjalnych kanistrach. Gdy taki pojemnik się zapełni (zazwyczaj mieści około 30 porcji), jest ładowany na bezzałogowy statek transportowy (np. Progress lub Cygnus), który po odłączeniu się od ISS spala się w ziemskiej atmosferze. Można więc powiedzieć, że „spadające gwiazdy”, które czasem widzimy na nocnym niebie, mogą mieć bardzo przyziemne pochodzenie.
Może brzmi to zabawnie, ale astronauci muszą przejść specjalne szkolenie z korzystania z toalety jeszcze przed lotem w kosmos. W Johnson Space Center znajduje się specjalny model toalety treningowej wyposażony w... kamerę wewnątrz otworu. Astronauta siada na toalecie i na monitorze przed sobą sprawdza, czy jego pozycja jest idealnie wycentrowana. Precyzja jest tu kluczowa, ponieważ otwór w kosmicznej toalecie jest znacznie mniejszy niż ten w domowym sedesie – ma zaledwie około 10-15 centymetrów średnicy.
Korzystanie z toalety w kosmosie to doskonały przykład na to, jak nauka radzi sobie z wyzwaniami, które na Ziemi wydają nam się banalne. Każdy łyk wody na stacji kosmicznej i każdy cykl pracy toalety to wynik tysięcy godzin pracy inżynierów, dbających o to, by życie poza naszą planetą było w ogóle możliwe.