Gość (188.146.*.*)
Wyobraź sobie ogromną, brudną kulę śniegu pędzącą przez próżnię kosmiczną z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na sekundę. Kiedy taka kometa lodowa uderza w ziemską atmosferę, nie zachowuje się jak kostka lodu wrzucona do szklanki wody. To, co dzieje się później, to spektakularny pokaz fizyki, w którym główną rolę grają ekstremalne temperatury i energia kinetyczna. Zamiast orzeźwiającego deszczu, otrzymujemy gigantyczny zastrzyk gazu do wyższych warstw atmosfery.
Kluczem do zrozumienia tego zjawiska jest prędkość. Komety wchodzą w ziemską atmosferę z prędkościami rzędu 11 do nawet 72 kilometrów na sekundę. W momencie kontaktu z powietrzem, ogromna energia kinetyczna obiektu musi zostać w ułamku sekundy zamieniona na inną formę energii – głównie na ciepło.
Gdy kometa napotyka opór powietrza (zjawisko kompresji adiabatycznej i tarcia), temperatura wokół niej gwałtownie rośnie, osiągając tysiące stopni Celsjusza. W takich warunkach lód nie ma szans zmienić się w ciecz. Następuje proces gwałtownej sublimacji (przejścia ze stanu stałego bezpośrednio w gazowy) lub wręcz natychmiastowego odparowania. Cząsteczki wody zostają rozerwane i rozproszone jako para wodna, zanim jakakolwiek kropla zdążyłaby się uformować.
Aby spadł deszcz, para wodna musi się skroplić. Proces ten wymaga dwóch rzeczy: odpowiednio niskiej temperatury oraz obecności jąder kondensacji (pyłków, drobinek soli czy sadzy), wokół których cząsteczki wody mogą się skupiać.
W przypadku uderzenia komety mamy do czynienia z dwoma problemami:
Zwiększenie ilości pary wodnej wysoko nad naszymi głowami nie jest obojętne dla klimatu. Para wodna jest jednym z najsilniejszych gazów cieplarnianych. Jeśli duża kometa lodowa „dostarczyłaby” znaczną ilość wody do stratosfery, mogłoby to doprowadzić do czasowego ocieplenia klimatu, ponieważ para ta zatrzymywałaby promieniowanie podczerwone uciekające z Ziemi.
Ciekawostką jest fakt, że naukowcy badający tzw. obłoki srebrzyste (najwyższe chmury obserwowane na Ziemi, występujące w mezosferze) zauważyli, że ich powstawanie może być powiązane z dostarczaniem pary wodnej przez meteory i resztki komet. Są to jedyne „lodowe” struktury, które powstają tak wysoko, ale składają się z mikroskopijnych kryształków lodu, a nie z kropel deszczu.
Choć pojedyncze uderzenie komety dziś wywołałoby głównie wzrost ilości pary wodnej, jedna z teorii naukowych sugeruje, że to właśnie komety i asteroidy bogate w wodę „dostarczyły” oceany na młodą Ziemię miliardy lat temu. W tamtym okresie atmosfera wyglądała inaczej, a bombardowanie było tak intensywne, że po ochłodzeniu planety para wodna mogła w końcu skondensować i spaść w postaci gigantycznych, trwających tysiące lat ulew.
W dzisiejszych warunkach jednak, fizyka jest nieubłagana: energia kinetyczna zamienia lód w gaz szybciej, niż zdążysz otworzyć parasol.