Gość (37.30.*.*)
Kiedy myślimy o mumiach, przed oczami od razu stają nam piramidy, złote maski faraonów i bandaże nasączone żywicą. Wydaje się, że mumifikacja to domena starożytności, która nagle wyparowała wraz z nadejściem nowej ery. Prawda jest jednak nieco bardziej złożona – to nie tak, że ludzie nagle „zapomnieli”, jak konserwować ciała. Zmieniło się podejście do życia, śmierci oraz, co najważniejsze, klimat i religia, które dyktowały warunki gry.
Starożytni Egipcjanie mieli dwa potężne atuty, których brakowało mieszkańcom średniowiecznej Europy: obsesję na punkcie życia pozagrobowego oraz idealne warunki naturalne. Wierzenia Egipcjan zakładały, że dusza (Ka) potrzebuje fizycznego nośnika, aby przetrwać w zaświatach. Jeśli ciało by zgniło, dusza byłaby skazana na wieczne błąkanie się.
Zanim jednak Egipcjanie zaczęli stosować skomplikowane techniki z użyciem natronu (naturalnej soli), odkryli, że ich zmarli... mummifikują się sami. Gorący, suchy piasek pustyni błyskawicznie wyciągał wilgoć z tkanek, zanim bakterie gnilne zdążyły zacząć swoją pracę. To właśnie te naturalne mumie zainspirowały późniejsze, rytualne procesy.
Wraz z nadejściem chrześcijaństwa w Europie, podejście do ciała zmieniło się o 180 stopni. Biblijna zasada „z prochu powstałeś i w proch się obrócisz” stała się fundamentem kultury pogrzebowej. Śmierć nie była już postrzegana jako przejście wymagające zachowania fizycznej powłoki, lecz jako uwolnienie duszy.
W średniowieczu celowe balsamowanie zwłok było rzadkością i dotyczyło niemal wyłącznie królów, wysokich dostojników kościelnych lub świętych. Nawet wtedy nie dążono do stworzenia „mumii” w egipskim stylu. Często stosowano tzw. mos teutonicus – proces polegający na gotowaniu ciała, aby oddzielić kości od mięśni, co ułatwiało transport szczątków władcy z odległych krain do miejsca pochówku. Kości chowano w jednym miejscu, a serce i wnętrzności często w innym.
Renesans przyniósł fascynację anatomią. Zamiast konserwować ciała na wieczność, uczeni tacy jak Leonardo da Vinci czy Andreas Vesalius chcieli je otwierać i badać. Ciało przestało być naczyniem dla duszy, które trzeba zachować, a stało się skomplikowaną maszyną, którą należy zrozumieć.
W tym okresie balsamowanie służyło głównie celom praktycznym – na przykład, aby ciało mogło wystawione na widok publiczny podczas uroczystości pogrzebowych bez wydzielania nieprzyjemnych zapachów. Stosowano do tego zioła, ocet i alkohol, ale nie były to metody gwarantujące przetrwanie tkanek przez setki lat.
Choć nie mamy „mumii średniowiecznych” w takim sensie jak egipskie, istnieją wyjątki, które powstały naturalnie. W Europie możemy znaleźć tzw. mumie bagienne lub ciała zachowane w specyficznych mikroklimatach krypt.
Warto wspomnieć o mrocznym aspekcie historii: w okresie renesansu i później, sproszkowane mumie egipskie były sprzedawane w europejskich aptekach jako „mumia” (mummia). Wierzono, że substancje użyte do balsamowania mają właściwości lecznicze. Popyt był tak duży, że gdy brakowało autentycznych egipskich znalezisk, fałszerze produkowali „świeże mumie” z ciał skazańców lub żebraków, poddając je szybkiemu procesowi suszenia i wędzenia. Można więc przewrotnie powiedzieć, że w renesansie mumie „powstawały”, ale po to, by zostać zjedzonymi.
Głównym powodem jest wilgotny klimat Europy. Bez celowych, zaawansowanych zabiegów chemicznych i w środowisku o dużej wilgotności gleby, ciało ludzkie rozkłada się całkowicie w ciągu kilku do kilkunastu lat. Egipcjanie mieli suchy natron i pustynię; Europejczycy mieli deszcz, wilgotną ziemię i religię, która nakazywała szybki powrót do natury.
Brak mumii z okresu średniowiecza i renesansu nie wynika więc z braku wiedzy technicznej, ale z wyboru kulturowego i warunków geograficznych. Dla ówczesnego człowieka próba zachowania ciała na wieki mogła być postrzegana nawet jako akt pychy lub brak wiary w zmartwychwstanie duchowe.