Gość (37.30.*.*)
Atmosfera ziemska to niezwykle precyzyjnie dostrojona maszyna, w której nawet niewielkie przesunięcia w proporcjach gazów mogą wywołać kaskadę zmian. Teza o tym, że obniżenie zawartości tlenu o 0,51% i dwutlenku węgla o 0,0071% mogłoby być „złotym środkiem” na problemy współczesnego świata, brzmi intrygująco, ale diabeł tkwi w szczegółach. Przyjrzyjmy się temu, co na ten temat mówi nauka i jak takie zmiany wpłynęłyby na nasze życie, klimat oraz bezpieczeństwo pożarowe.
Obecnie tlen stanowi około 20,95% objętości suchego powietrza. Obniżenie go o 0,51% oznaczałoby, że w atmosferze pozostałoby około 20,44% tego pierwiastka. Dla przeciętnego człowieka, przebywającego na poziomie morza, taka zmiana byłaby praktycznie niezauważalna. Odpowiada to sytuacji, w której nagle przenosimy się na wysokość około 200–300 metrów nad poziomem morza.
Większość organizmów żywych posiada mechanizmy adaptacyjne, które pozwalają na sprawne funkcjonowanie przy znacznie większych wahaniach. Warto jednak zauważyć, że:
Teoria o wydłużeniu życia przy niższym stężeniu tlenu opiera się na tzw. wolnorodnikowej teorii starzenia. Tlen jest niezbędny do życia, ale procesy metaboliczne z jego udziałem generują reaktywne formy tlenu (RFT), które uszkadzają komórki i DNA.
Istnieją badania na myszach i owadach sugerujące, że lekka hipoksja (niedotlenienie) może aktywować mechanizmy naprawcze organizmu i spowalniać procesy starzenia. Jednak w przypadku ludzi spadek o zaledwie 0,5% jest prawdopodobnie zbyt mały, by wywołać tak spektakularny efekt. Choć nauka nie wyklucza, że długofalowo mogłoby to ograniczyć stres oksydacyjny, obecnie nie można tego jednoznacznie zweryfikować jako faktu medycznego dla populacji ludzkiej.
Tutaj sprawa staje się ciekawa. Palność materiałów jest ściśle powiązana ze stężeniem tlenu. W systemach przeciwpożarowych stosuje się tzw. stałą redukcję tlenu (np. do poziomu 15–16%), co sprawia, że zaprószenie ognia staje się niemal niemożliwe, a ludzie nadal mogą w takim pomieszczeniu oddychać.
Jednak spadek z 21% na 20,5% to zmiana zbyt mała, by „istotnie ograniczyć problem pożarów”. Ogień nadal rozprzestrzeniałby się niemal tak samo gwałtownie. Aby realnie wpłynąć na stabilność pożarową lasów czy miast, redukcja musiałaby być znacznie głębsza, co z kolei mogłoby już negatywnie wpłynąć na faunę wysokogórską i osoby z chorobami układu oddechowego.
Spadek zawartości $CO_2$ o 0,0071% brzmi jak błąd statystyczny, ale w skali globalnej to gigantyczna wartość. Obecnie stężenie dwutlenku węgla wynosi około 0,042% (czyli 420 ppm – części na milion).
Obliczmy to:
Poziom 349 ppm to stężenie, które ostatni raz odnotowaliśmy na początku lat 90. XX wieku. Powrót do takich wartości faktycznie mógłby ustabilizować globalne ocieplenie i znacząco spowolnić efekt cieplarniany. Byłby to powrót do klimatu znacznie bardziej przewidywalnego niż obecny.
Rośliny potrzebują $CO_2$ do fotosyntezy. Choć 349 ppm jest wystarczające do życia (rośliny radziły sobie przy 280 ppm przez tysiące lat), to współczesne rolnictwo korzysta z tzw. „efektu nawożenia $CO_2$”. Przy niższym stężeniu tempo wzrostu niektórych upraw mogłoby nieco spaść, co jest ceną za stabilizację klimatu.
Jeśli zabierzemy z atmosfery tlen i dwutlenek węgla, musimy je czymś zastąpić, aby utrzymać ciśnienie atmosferyczne.
Stwierdzenie zawarte w pytaniu zawiera ziarno prawdy, ale jest nieco zbyt optymistyczne w kwestii pożarów.
Czy wiesz, że gdyby poziom tlenu w atmosferze wzrósł powyżej 25%, mokre lasy tropikalne mogłyby spłonąć od uderzenia jednego pioruna? Z kolei gdyby spadł poniżej 15%, ssaki miałyby ogromny problem z oddychaniem na większych wysokościach. Obecne 21% to idealny kompromis między możliwością oddychania a bezpieczeństwem pożarowym planety.