Gość (5.172.*.*)
Wokół codziennej higieny narosło wiele mitów, które często mieszają fakty naukowe z domowymi teoriami. Kwestia wycierania się ręcznikiem kontra naturalne schnięcie to temat, który regularnie wraca na fora poświęcone pielęgnacji skóry i zdrowemu stylowi życia. Czy faktycznie poczciwy bawełniany ręcznik to wróg naszej cery, a stanie w przeciągu po kąpieli to klucz do wiecznej młodości? Przyjrzyjmy się temu, co na ten temat mówi dermatologia i fizjologia skóry.
Twierdzenie, że korzystanie z ręcznika jest „niezdrowe”, jest sporym nadużyciem. Ręcznik sam w sobie nie jest szkodliwy, o ile jest czysty i używany w odpowiedni sposób. Problem pojawia się w dwóch przypadkach: higieny oraz techniki osuszania. Ręczniki trzymane w wilgotnej łazience to idealne środowisko dla rozwoju bakterii i grzybów. Jeśli wycieramy się materiałem, który nie sechł prawidłowo przez kilka dni, faktycznie możemy fundować sobie podrażnienia lub problemy skórne.
Drugą kwestią jest tarcie. Agresywne pocieranie mokrej skóry (która jest wtedy bardziej podatna na uszkodzenia mechaniczne) może naruszać barierę hydrolipidową. Dlatego dermatolodzy zamiast rezygnacji z ręcznika, zalecają zazwyczaj delikatne „stemplowanie” ciała, czyli przykładanie materiału miejsce przy miejscu, by wchłonął nadmiar wody bez zbędnego drażnienia naskórka.
Pomysł, by poddać się działaniu zimnego powietrza w ruchu (np. przeciągu lub wentylatora), jest dość kontrowersyjny. Choć może to brzmieć jak hartowanie organizmu, z punktu widzenia nawilżenia skóry nie jest to optymalne rozwiązanie. Gwałtowny ruch powietrza przyspiesza parowanie wody z powierzchni naskórka. Jeśli woda wyparuje zbyt szybko, zanim zdążymy ją „zamknąć” preparatem pielęgnacyjnym, może dojść do tzw. przezskórnej utraty wody (TEWL – Transepidermal Water Loss). Efekt? Skóra może stać się bardziej przuszona i ściągnięta niż po delikatnym osuszeniu ręcznikiem.
Naturalne schnięcie w ciepłym, wilgotnym pomieszczeniu (jakim zazwyczaj jest łazienka po kąpieli) jest znacznie bezpieczniejsze, ponieważ proces ten zachodzi wolniej, dając nam czas na kolejny, kluczowy krok pielęgnacji.
W Twoim pytaniu pojawia się bardzo słuszna obserwacja dotycząca nakładania kremu natychmiast po myciu. W dermatologii istnieje technika zwana „soak and seal” (namocz i zamknij). Polega ona na tym, by w ciągu maksymalnie 3 do 5 minut po wyjściu z wody nałożyć na skórę preparat nawilżający lub natłuszczający.
Kiedy skóra jest jeszcze lekko wilgotna, jej przepuszczalność jest większa, a składniki aktywne zawarte w kremach lepiej wnikają w głąb naskórka. Co więcej, tłusty krem (emolient) tworzy na powierzchni warstwę okluzyjną, która fizycznie blokuje ucieczkę wody, którą skóra „napiła się” podczas kąpieli. To właśnie ten moment jest kluczowy dla osób z atopowym zapaleniem skóry, łuszczycą czy po prostu bardzo suchą cerą.
Choć nakładanie kremu na wilgotne ciało jest zdrowe, wybór „tłustego kremu” nie zawsze będzie strzałem w dziesiątkę dla każdego typu skóry:
Wspomniałeś o wyłączeniu włosów z tej procedury i jest to bardzo intuicyjne, słuszne podejście. Włosy po zmoczeniu są ekstremalnie delikatne. Ich łuski się rozchylają, co sprawia, że są podatne na łamanie i kruszenie. Zawijanie ich w ciężki, bawełniany ręcznik w formie turbanu lub mocne tarcie to najprostsza droga do zniszczenia ich struktury. Najzdrowszą metodą dla włosów jest delikatne odsączenie ich w koszulkę bawełnianą lub ręcznik z mikrofibry i pozwolenie im na naturalne wyschnięcie (lub wysuszenie chłodnym nawiewem suszarki).
Zamiast więc rezygnować całkowicie z ręcznika, warto zmienić nawyk: wyjść z wanny, bardzo delikatnie osuszyć strategiczne miejsca (zgięcia łokci, kolan, pachy), a na wciąż wilgotną (ale nie ociekającą wodą) resztę ciała nałożyć ulubiony balsam lub olejek. To złoty środek, który łączy higienę z najskuteczniejszą pielęgnacją.