Gość (37.30.*.*)
Maj 1926 roku to jeden z najbardziej dramatycznych momentów w historii II Rzeczypospolitej. Na moście Poniatowskiego w Warszawie doszło do spotkania, które mogło zapobiec bratobójczej walce, a jednak stało się symbolem ostatecznego zerwania. Choć Józef Piłsudski i prezydent Stanisław Wojciechowski znali się od dekad i wspólnie działali w konspiracji przeciwko caratowi, tego dnia nie znaleźli wspólnego języka. Dlaczego tak się stało i jakie mechanizmy sprawiły, że polskie wojsko wystąpiło przeciwko własnemu rządowi?
Kiedy 12 maja 1926 roku Józef Piłsudski wyruszył na spotkanie z prezydentem Wojciechowskim, prawdopodobnie liczył na to, że sama jego obecność i autorytet wystarczą, by wymusić zmiany personalne w rządzie Wincentego Witosa. Piłsudski nie planował krwawej wojny domowej – liczył na demonstrację siły, która skłoni gabinet do dymisji.
Dlaczego jednak nie doszło do porozumienia? Główną przeszkodą była nieugięta postawa obu polityków, wynikająca z ich ról. Stanisław Wojciechowski, choć prywatnie darzył Marszałka szacunkiem, jako prezydent stał na straży konstytucji. Podczas krótkiej rozmowy na moście oświadczył Piłsudskiemu, że reprezentuje majestat Rzeczypospolitej i nie ugnie się przed szantażem wojskowym. Zażądał od Marszałka powrotu do metod legalnych.
Z kolei Piłsudski uważał, że system parlamentarny (tzw. sejmowładztwo) doprowadził Polskę na skraj przepaści. Dla niego legalizm był pustym hasłem w obliczu korupcji i partyjniactwa, które niszczyły kraj. Obaj panowie mówili innymi językami: Wojciechowski językiem prawa, Piłsudski językiem "naprawy państwa" (sanacji). Brak kompromisu sprawił, że Marszałek wrócił do swoich oddziałów, a w Warszawie padły pierwsze strzały.
Często zadajemy sobie pytanie, jak to możliwe, że armia, która powinna być apolityczna, zdecydowała się poprzeć buntownika przeciwko legalnej władzy. Przyczyn było kilka, a najważniejszą z nich był kult jednostki, jakim otaczano Piłsudskiego.
Dla wielu żołnierzy, zwłaszcza tych wywodzących się z Legionów Polskich i Polskiej Organizacji Wojskowej, Piłsudski nie był tylko politykiem – był "Dziadkiem", twórcą niepodległości i zwycięzcą z 1920 roku. W ich oczach to on był uosobieniem Polski, a nie zmieniające się co kilka miesięcy rządy w Warszawie.
Dodatkowo w wojsku narastała frustracja. Oficerowie czuli się lekceważeni przez polityków, a cięcia budżetowe i chaos w zarządzaniu armią pogłębiały niechęć do "sejmokracji". Kiedy Piłsudski wezwał do marszu na Warszawę, wielu żołnierzy wierzyło, że ratują ojczyznę przed upadkiem, a nie dokonują zamachu stanu. Warto jednak pamiętać, że wojsko nie było jednomyślne – jednostki z Wielkopolski i Pomorza pozostały wierne rządowi, co doprowadziło do realnego ryzyka pełnoskalowej wojny domowej.
W psychologii społecznej mechanizm, który zadziałał w maju 1926 roku, często opisuje się jako konflikt lojalności. Żołnierze stanęli przed wyborem: wierność abstrakcyjnej ustawie zasadniczej (konstytucji) kontra wierność żywemu symbolowi (Piłsudskiemu). W warunkach kryzysu autorytet osobisty niemal zawsze wygrywa z autorytetem instytucjonalnym.
Pytanie o to, czy działania Piłsudskiego były zdradą stanu i złamaniem przysięgi wojskowej, od lat dzieli historyków i prawników. Z czysto formalnoprawnego punktu widzenia odpowiedź jest jednoznaczna: tak, był to zamach stanu, który naruszał obowiązującą Konstytucję marcową.
Żołnierze, biorąc udział w przewrocie, złamali przysięgę wojskową, która zobowiązywała ich do posłuszeństwa legalnym władzom Rzeczypospolitej i Prezydentowi jako Najwyższemu Zwierzchnikowi Sił Zbrojnych. Zdrada stanu definiowana jest jako działanie mające na celu obalenie przemocą konstytucyjnych organów państwa – i to dokładnie wydarzyło się w maju 1926 roku.
Jednak zwolennicy Piłsudskiego używali argumentu "wyższej konieczności". Twierdzili, że państwo w ówczesnym kształcie było niezdolne do funkcjonowania, a zamach był operacją ratunkową, mającą zapobiec całkowitemu rozkładowi struktur państwowych i potencjalnej agresji sąsiadów. Sam Piłsudski nigdy nie stanął przed sądem, a po zwycięstwie zalegalizował swoje działania poprzez wybór nowego prezydenta (Ignacego Mościckiego) i nowelizację konstytucji (nowela sierpniowa).
Zamach majowy przyniósł kres demokracji parlamentarnej w II RP i zapoczątkował rządy Sanacji. Choć udało się ustabilizować gospodarkę i wzmocnić władzę wykonawczą, ceną było ograniczenie swobód obywatelskich, procesy polityczne (jak proces brzeski) oraz głębokie pęknięcie w polskim społeczeństwie, które było widoczne aż do wybuchu II wojny światowej.
Wydarzenia z maja 1926 roku do dziś pozostają lekcją o tym, jak cienka jest granica między ratowaniem państwa a niszczeniem jego demokratycznych fundamentów. To także przestroga przed sytuacją, w której emocje i kult lidera stają się ważniejsze niż litera prawa.