Gość (37.30.*.*)
Wybór studiów artystycznych to dla wielu młodych twórców moment ekscytacji, ale i sporej niepewności. Jednym z najczęściej pojawiających się pytań – i to nie tylko w głowach kandydatów, ale i doświadczonych artystów – jest to, czy akademicki dryl nie zabije ich indywidualności. Obawa przed tym, że zamiast stać się nowym Picassem, stanie się „kopią swojego profesora”, jest całkowicie uzasadniona, choć rzeczywistość na uczelniach artystycznych bywa znacznie bardziej złożona.
Zjawisko przejmowania stylu wykładowcy jest na uczelniach artystycznych (takich jak ASP) znane od dekad. Często mówi się o „szkołach” konkretnych profesorów – po obejrzeniu wystawy końcoworocznej wprawne oko potrafi bez trudu wskazać, z której pracowni wyszły dane prace. Wynika to z kilku czynników. Po pierwsze, profesorowie to często silne osobowości z ukształtowanym, rozpoznawalnym stylem. Student, szukając akceptacji lub po prostu dobrych ocen, podświadomie (a czasem świadomie) zaczyna stosować te same rozwiązania kolorystyczne, kompozycyjne czy techniczne, które ceni jego mistrz.
Po drugie, nauka sztuki przez długi czas opierała się na relacji mistrz-uczeń. W dawnych warsztatach uczniowie kopiowali dzieła mistrza, by zrozumieć warsztat. Dziś, choć stawiamy na ekspresję, mechanizm ten wciąż drzemie w murach uczelni. Ryzyko polega na tym, że jeśli student zatrzyma się na etapie fascynacji profesorem, może nigdy nie wyjść poza rolę „epigona”, czyli kogoś, kto jedynie powiela cudze pomysły.
Warto jednak spojrzeć na to z innej perspektywy: czy naśladownictwo zawsze jest złe? W procesie nauki – nie tylko sztuki, ale i języka czy sportu – kopiowanie jest naturalnym etapem. Zanim znajdziesz własny głos, musisz nauczyć się, jak działają narzędzia. Wykładowca na studiach artystycznych pełni rolę przewodnika po technice. Jeśli uczy Cię kłaść laserunki tak, jak on to robi, nie oznacza to, że musisz tak malować do końca życia. On po prostu daje Ci do ręki konkretny „śrubokręt”. To, co nim zbudujesz w przyszłości, zależy już tylko od Ciebie.
Ciekawostką jest fakt, że wielu wielkich artystów zaczynało od niemal dosłownego kopiowania swoich nauczycieli. Dopiero po opanowaniu rzemiosła do perfekcji zyskiwali odwagę, by odrzucić narzucone ramy i pójść własną drogą. Problem pojawia się wtedy, gdy system edukacji promuje tylko jeden „słuszny” sposób tworzenia, co na szczęście w dobie współczesnego pluralizmu zdarza się coraz rzadziej.
Choć ryzyko „nasiąknięcia” stylem profesora istnieje, studia artystyczne oferują coś, czego trudno szukać w domowym zaciszu: konfrontację. Własny styl nie rodzi się w próżni. Kształtuje się on w starciu z opiniami innych, w dyskusjach i – co najważniejsze – w oporze wobec tego, co nam nie pasuje.
Aby uniknąć stania się kopią wykładowcy, kluczowa jest autorefleksja. Student, który zadaje sobie pytanie: „Czy użyłem tego koloru, bo tak czuję, czy dlatego, że profesor go lubi?”, jest już na bezpiecznej pozycji. Największe ryzyko dotyczy osób, które bezkrytycznie przyjmują każdą uwagę jako dogmat.
Współczesne uczelnie artystyczne coraz częściej stawiają na interdyscyplinarność i zachęcają do eksperymentów. W dobie internetu i nieograniczonego dostępu do sztuki z całego świata, wpływ jednego profesora jest znacznie mniejszy niż jeszcze 40 lat temu. Dziś student jest bombardowany tysiącami bodźców z Instagrama, Pinterestu czy galerii online, co sprawia, że „walka o styl” toczy się na znacznie szerszym polu niż tylko linia uczeń-wykładowca.
Podsumowując, ryzyko naśladownictwa istnieje, ale jest ono wpisane w każdy proces edukacyjny. Studia artystyczne to poligon doświadczalny – jeśli podejdziesz do nich z otwartą głową, traktując rady profesorów jako zestaw narzędzi, a nie gotowe recepty na sztukę, Twoja indywidualność na tym tylko zyska. Własny styl to maraton, a nie sprint, i często zaczyna się właśnie tam, gdzie kończą się akademickie schematy.