Gość (83.4.*.*)
Wyobraź sobie narzędzie, które łączy w sobie potęgę anonimowości sieci Tor z rygorystycznym bezpieczeństwem nowoczesnego antywirusa. Brzmi jak marzenie każdego entuzjasty prywatności, prawda? Obecnie większość programów antywirusowych działa w modelu chmurowym – kiedy pobierasz podejrzany plik, program często wysyła jego sygnaturę (a czasem cały plik) na serwery producenta w celu analizy. W świecie, w którym Tor stałby się silnikiem antywirusowym, zasady gry uległyby całkowitej zmianie.
Główną zaletą takiego rozwiązania byłaby całkowita izolacja danych użytkownika. Tradycyjne firmy zajmujące się cyberbezpieczeństwem zbierają ogromne ilości metadanych: o systemie operacyjnym, lokalizacji, a nawet o tym, jakie pliki przechowujesz na dysku. Antywirus oparty na sieci Tor i działający wyłącznie w obrębie domen .onion ucinałby tę pępowinę.
W takim scenariuszu wszelkie zapytania o podejrzane sumy kontrolne plików (tzw. hashe) przechodziłyby przez kilka węzłów szyfrujących. Serwer bazy danych nie wiedziałby, kto pyta o dany plik, a dostawca internetu nie widziałby, że w ogóle korzystasz z usług antywirusowych. To poziom dyskrecji, który obecnie jest praktycznie nieosiągalny dla przeciętnego użytkownika Windowsa czy macOS.
Aby taki system był skuteczny, musiałby korzystać z okresowo aktualizowanej bazy sygnatur. W naszym hipotetycznym modelu, program pobierałby aktualizacje wyłącznie przez ukryte usługi (Hidden Services).
Obecnie wiele programów antywirusowych posiada tzw. "Community Cloud". Jeśli u jednego użytkownika na świecie pojawi się nowy wirus, informacja o nim trafia do chmury i w ciągu kilku minut wszyscy inni użytkownicy są chronieni. W modelu Tor-Antywirus taka wymiana informacji byłaby znacznie wolniejsza, ale za to w pełni anonimowa.
Nie ma róży bez kolców. Tor, ze względu na swoją architekturę (przesyłanie danych przez trzy losowe węzły: wejściowy, środkowy i wyjściowy), jest znacznie wolniejszy niż standardowe połączenie internetowe.
Kluczowym elementem Twojego pytania jest założenie, że pliki nie opuszczałyby sieci .onion. To genialne rozwiązanie dla osób pracujących z danymi wrażliwymi, takimi jak sygnaliści czy dziennikarze śledczy.
W tradycyjnym modelu, wysłanie pliku do analizy na VirusTotal (popularny serwis skanujący) sprawia, że plik ten staje się dostępny dla subskrybentów premium serwisu – w tym dla firm zajmujących się bezpieczeństwem i, potencjalnie, agencji rządowych. W "Tor-Antywirusie" plik mógłby zostać przesłany do piaskownicy (sandbox) znajdującej się na ukrytym serwerze .onion. Analiza odbyłaby się w izolowanym środowisku, a wynik wróciłby do Ciebie bez śladu w publicznym internecie.
Technicznie – tak. Istnieją już projekty takie jak OnionShare, które pozwalają na bezpieczne przesyłanie plików, czy Tails, system operacyjny, który wymusza cały ruch przez Tora. Połączenie tych technologii z otwartoźródłowym silnikiem antywirusowym (np. ClamAV) jest teoretycznie możliwe.
Jednak przeszkodą nie jest technologia, a użyteczność. Większość użytkowników wybiera wygodę i szybkość kosztem prywatności. Tor-Antywirus byłby narzędziem niszowym, przeznaczonym dla osób, dla których bezpieczeństwo danych jest absolutnym priorytetem, a czas oczekiwania na wynik skanowania nie gra roli.
Gdyby Tor stał się antywirusowym standardem, cyberprzestępcy mieliby znacznie trudniejsze zadanie przy profilowaniu ofiar. Z drugiej strony, analiza nowych zagrożeń (tzw. Zero-Day) trwałaby dłużej, co mogłoby nieco opóźnić globalny czas reakcji na wielkie epidemie złośliwego oprogramowania. To klasyczny dylemat: coś za coś – prywatność za prędkość.