Gość (37.30.*.*)
Choć balet kojarzy nam się zazwyczaj z wielkimi widowiskami, dziesiątkami tancerzy w identycznych paczkach i potężną orkiestrą w kanale, świat tańca ma też swoje drugie, znacznie bardziej kameralne oblicze. Monodramy baletowe, czyli pełnowymiarowe spektakle solowe, nie tylko istnieją, ale stanowią jedną z najbardziej wymagających i fascynujących form wyrazu artystycznego. To moment, w którym cała uwaga widza, cała przestrzeń sceny i cały ciężar narracji spoczywają na barkach (i nogach) jednego człowieka.
W klasycznym rozumieniu monodram to forma teatralna, w której występuje tylko jeden aktor. Przeniesienie tej idei na grunt baletu i tańca współczesnego oznacza stworzenie spektaklu, w którym tancerz przez 40, 60, a czasem nawet 90 minut sam buduje dramaturgię. Nie mówimy tu o krótkiej „wariacji” (czyli popisowym solo trwającym 2 minuty, które znamy z Jeziora łabędziego), ale o spójnej, wielowątkowej opowieści.
Monodram baletowy często zaciera granice między tańcem klasycznym, współczesnym a teatrem fizycznym. Artysta nie tylko wykonuje skomplikowane ewolucje, ale często posługuje się rekwizytem, głosem, a nawet interakcją z multimediami, by wypełnić pustkę po nieobecności partnerów.
Tworzenie monodramu tanecznego to rzadko kwestia przypadku. Zazwyczaj stoi za tym konkretna potrzeba artystyczna lub... proza życia. Oto główne powody, dla których powstają takie dzieła:
Jednym z najbardziej znanych przykładów artysty, który upodobał sobie formy solowe, jest Michaił Barysznikow. Po zakończeniu kariery w klasycznym balecie, poświęcił się projektom solowym, takim jak chociażby wstrząsający spektakl Brodsky/Baryshnikov, gdzie taniec przeplatał się z recytacją poezji.
W historii tańca nowoczesnego nie sposób pominąć Isadory Duncan, która w zasadzie stworzyła podwaliny pod solowe występy, odrzucając sztywne ramy baletu dworskiego na rzecz osobistej ekspresji. Również Martha Graham w swoich słynnych solówkach (jak Lamentation) udowodniła, że jedna osoba siedząca na ławce i owinięta kawałkiem elastycznego materiału może wyrazić więcej bólu niż cały pułk tancerzy.
W Polsce prekursorką i mistrzynią tej formy jest m.in. Ewa Wycichowska, która w swoich spektaklach wielokrotnie udowadniała, że ciało tancerza jest instrumentem zdolnym do opowiedzenia najbardziej złożonych historii bez użycia ani jednego słowa.
Przygotowanie do monodramu baletowego trwa często znacznie dłużej niż do roli w tradycyjnym spektaklu. Tancerz musi opanować nie tylko choreografię, ale też tzw. „zarządzanie energią”. Jeśli wyda wszystkie siły w pierwszych 15 minutach, nie dotrwa do finału. Artyści często współpracują przy takich projektach z psychologami sportu, aby wytrzymać presję bycia jedynym punktem odniesienia dla kilkuset osób na widowni.
Występowanie solo to ogromne ryzyko. Jeśli tancerz zapomni ruchu lub dozna kontuzji, nie ma nikogo, kto mógłby go „zakryć” lub przejąć uwagę widza. Każde zachwianie równowagi, każdy głośniejszy oddech jest słyszalny i widoczny. Dlatego monodramy baletowe są uważane za „wyższą szkołę jazdy” i zazwyczaj decydują się na nie artyści dojrzali, którzy mają już światu coś konkretnego do powiedzenia, a nie tylko chcą zaprezentować wysokie skoki.
Współczesny rynek sztuki coraz częściej sięga po tę formę, bo w dobie przebodźcowania, minimalistyczny, szczery przekaz jednego ciała na pustej scenie bywa dla widza najbardziej oczyszczającym doświadczeniem.