Gość (37.30.*.*)
Początek XXI wieku przyniósł nam nie tylko rewolucję technologiczną, ale też specyficzną zmianę w sposobie, w jaki postrzegamy codzienne czynności. Nagle okazało się, że wszystko – od wiązania sznurowadeł, przez obieranie bananów, aż po sposób, w jaki oddychamy – robimy „źle”. Ta fala poradnictwa i wytykania błędów nie wzięła się znikąd. To splot narodzin mediów społecznościowych, kultury optymalizacji oraz sprytnych mechanizmów psychologicznych, które marketingowcy opanowali do perfekcji.
Wszystko zaczęło się od niewinnego hasła „life-hack”. Termin ten, ukuty około 2004 roku, pierwotnie odnosił się do sprytnych skrótów używanych przez programistów, aby szybciej radzić sobie z nadmiarem informacji. Szybko jednak przeniknął do głównego nurtu. Serwisy takie jak Lifehacker czy wczesny YouTube stały się kopalnią wiedzy o tym, jak „zhakować” rzeczywistość.
Problem polegał na tym, że aby przyciągnąć uwagę w coraz bardziej zatłoczonym internecie, twórcy musieli stosować coraz mocniejsze komunikaty. Tytuł „Jak pokroić cebulę” przestał wystarczać. Zastąpił go krzykliwy nagłówek: „Przez całe życie źle kroiłeś cebulę! Zobacz jedyny słuszny sposób”. To właśnie wtedy narodził się trend wytykania błędów w najbardziej prozaicznych czynnościach. Stało się to idealnym paliwem dla algorytmów, które promują treści budzące silne emocje – w tym przypadku zaskoczenie połączone z lekkim poczuciem wstydu.
Dlaczego tak łatwo dajemy sobie wmówić, że nie umiemy nawet spać? Odpowiedź tkwi w naszej psychice. Człowiek z natury dąży do samodoskonalenia, a początek XXI wieku to czas, w którym tradycyjne autorytety (lekarze, profesorowie, rodzice) zaczęły tracić na znaczeniu na rzecz „zwykłych ludzi” z internetu.
Kiedy samozwańczy guru mówi nam, że istnieje „sekretny sposób” na lepsze życie, uderza w nasze najczulsze punkty:
W kulturze anglosaskiej zjawisko to zyskało nawet swoją nazwę i akronim – YDIW (You’re Doing It Wrong). Stało się ono memem, ale też modelem biznesowym. Portale lifestyle'owe zauważyły, że artykuły wytykające błędy mają o kilkaset procent wyższą klikalność niż te o wydźwięku pozytywnym.
Nie oszukujmy się – za większością poradników „jak żyć” stoją konkretne pieniądze. Początek XXI wieku to rozkwit marketingu szeptanego i afiliacyjnego. Jeśli ktoś przekonuje Cię, że źle śpisz, zazwyczaj w trzecim akapicie zaproponuje Ci „jedyną słuszną” poduszkę ortopedyczną lub suplement diety.
Autorzy poradników stali się nowymi celebrytami. Sprzedawanie stylu życia stało się bardziej dochodowe niż sprzedawanie konkretnych produktów. Guru nie sprzedaje Ci już tylko wiedzy o tym, jak sprzątać (jak np. Marie Kondo w późniejszych latach), ale całą filozofię, która ma sprawić, że staniesz się „lepszą wersją siebie”. To obietnica transformacji jest tym, co kupujemy, a wytykanie błędów to tylko narzędzie, które ma nas przekonać, że tej zmiany potrzebujemy.
Warto spojrzeć na to z dystansem. Większość „rewolucyjnych” metod krojenia chleba czy wiązania butów to po prostu alternatywne sposoby, które niekoniecznie są lepsze – są po prostu inne. Moda na wytykanie błędów powoli jednak ewoluuje. Dziś, w trzeciej dekadzie XXI wieku, coraz częściej zauważamy zmęczenie toksyczną produktywnością i ciągłym optymalizowaniem każdej sekundy życia.
Zaczynamy rozumieć, że jeśli chleb jest pokrojony, a my jesteśmy wyspani, to prawdopodobnie robimy to wystarczająco dobrze. Presja na bycie perfekcyjnym w każdej dziedzinie życia, którą narzuciły nam media społecznościowe początku wieku, powoli ustępuje miejsca autentyczności i akceptacji własnych, „niedoskonałych” metod.
Świat nie zawali się, jeśli będziesz obierać ziemniaki „po staremu”. Czasem warto zaufać własnemu doświadczeniu zamiast kolejnemu internetowemu ekspertowi, który twierdzi, że trzymasz widelec pod złym kątem.