Gość (37.30.*.*)
Coraz częściej, siadając wieczorem przed telewizorem, mamy wrażenie, że świat sportu nigdy nie zasypia. Jeszcze kilkanaście lat temu wielkie turnieje czy hitowe starcia były wyczekiwanym świętem, celebrowanym raz na tydzień lub raz na kilka lat. Dziś kalendarz sportowy pęka w szwach, a my – jako widzowie – jesteśmy bombardowani transmisjami niemal 24 godziny na dobę. Ta intensyfikacja nie jest dziełem przypadku, lecz wynikiem chłodnej kalkulacji biznesowej. Pogoń za zyskiem z praw telewizyjnych, kontraktów sponsorskich i biletów doprowadziła do momentu, w którym sportowa maszyna zaczyna pracować na niebezpiecznie wysokich obrotach, co uderza rykoszetem zarówno w głównych aktorów widowiska, jak i w samych kibiców.
Głównym motorem napędowym zmian w strukturze rozgrywek są pieniądze. Federacje sportowe, takie jak FIFA, UEFA czy władze lig zawodowych typu NBA, dążą do maksymalizacji przychodów poprzez zwiększanie liczby meczów. Więcej spotkań to więcej czasu antenowego, a co za tym idzie – wyższe kwoty z kontraktów telewizyjnych. Niestety, w tym równaniu często zapomina się o biologicznym aspekcie sportu.
Organizm sportowca ma swoje limity. Skrócenie czasu na regenerację między meczami sprawia, że zawodnicy grają na chronicznym zmęczeniu. W medycynie sportowej termin „przeciążenie” (overtraining) staje się codziennością. Kiedy mięśnie nie mają czasu na odbudowę mikrourazów, ryzyko poważnych kontuzji, takich jak zerwanie więzadeł krzyżowych czy urazy mięśniowe, drastycznie rośnie. Widzimy to chociażby w europejskiej piłce nożnej, gdzie czołowi gracze potrafią rozegrać ponad 60 meczów w sezonie, co przy obecnej intensywności gry jest wysiłkiem niemal nieludzkim.
Z perspektywy kibica sytuacja wydaje się na pozór idealna – dostęp do ulubionej dyscypliny jest niemal nieograniczony. Jednak psychologia konsumpcji wskazuje na zjawisko inflacji emocji. Gdy „mecz stulecia” odbywa się co dwa tygodnie, a Liga Mistrzów czy inne prestiżowe rozgrywki są rozciągane do granic możliwości, ranga pojedynczego wydarzenia spada.
Kibice zaczynają odczuwać zmęczenie decyzyjne i finansowe. Konieczność opłacania kilku platform streamingowych, by śledzić jedną drużynę, oraz brak czasu na „zatęsknienie” za sportem sprawiają, że zainteresowanie paradoksalnie może zacząć maleć. Sport traci swój unikalny charakter wydarzenia wyjątkowego, stając się kolejnym produktem tła, jak serial w serwisie VOD.
Współcześni badacze sportu wskazują, że dla optymalnej formy i minimalizacji ryzyka kontuzji, piłkarz nie powinien rozgrywać więcej niż 2 mecze o wysokiej intensywności w tygodniu, z zachowaniem minimum 72 godzin pełnego odpoczynku. Tymczasem w okresach świątecznych czy podczas kumulacji kolejek ligowych i pucharowych, ten czas jest często skracany do 48 godzin, co według statystyk zwiększa ryzyko urazu mięśniowego o ponad 20%.
Głosy sprzeciwu płynące ze środowiska sportowego stają się coraz głośniejsze. Gwiazdy światowego formatu otwarcie krytykują przeładowane kalendarze, wskazując, że są traktowani jak roboty, a nie ludzie. Brak odpowiednich wakacji i okresów przygotowawczych sprawia, że kariery zawodników mogą ulec skróceniu. Zamiast oglądać mistrzów w szczytowej formie przez 15 lat, możemy być świadkami ich przedwczesnego wypalenia lub wymuszonych przez zdrowie emerytur.
Pogoń za zyskiem stworzyła błędne koło. Aby utrzymać wysokie pensje i budżety klubów, potrzeba więcej meczów. Aby mecze były atrakcyjne, zawodnicy muszą być w formie. Jednak nadmiar meczów niszczy tę formę, co w dłuższej perspektywie obniża jakość produktu, który federacje starają się sprzedać.
Rozwiązanie tego problemu wymagałoby kompromisu, na który obecnie mało kto w świecie wielkiego biznesu jest gotowy. Ograniczenie liczby drużyn w ligach, rezygnacja z mniej prestiżowych pucharów czy wprowadzenie sztywnych limitów minutowych dla zawodników to postulaty, które często upadają w zderzeniu z arkuszami kalkulacyjnymi.
Wydaje się, że sport dotarł do punktu krytycznego, w którym dalsza ekspansja ilościowa może przynieść skutki odwrotne do zamierzonych. Jeśli jakość widowiska spadnie z powodu kontuzji gwiazd i znużenia fanów, wartość praw marketingowych również zacznie maleć. Ostatecznie to rynek i zdrowie zawodników zweryfikują, czy model „więcej, szybciej, drożej” jest możliwy do utrzymania w dłuższej perspektywie.