Gość (37.30.*.*)
Obserwując scenę polityczną i gospodarczą od początku lat 90., miałem okazję na własne oczy widzieć, jak teoretyczne koncepcje ekonomiczne stają się brutalną rzeczywistością. Jednym z najbardziej kontrowersyjnych, a zarazem fascynujących terminów, które zdefiniowały współczesny kapitalizm, jest „doktryna szoku”. Choć termin ten spopularyzowała Naomi Klein w swojej głośnej książce z 2007 roku, mechanizmy, które opisuje, towarzyszą nam od dekad, kształtując losy całych narodów w momentach ich największej słabości.
Doktryna szoku to strategia polityczno-ekonomiczna polegająca na wykorzystywaniu kryzysów narodowych – katastrof naturalnych, wojen, ataków terrorystycznych czy zapaści finansowych – do przeforsowania radykalnych reform wolnorynkowych. Kluczowym założeniem jest to, że w obliczu wielkiego wstrząsu społeczeństwo wpada w stan zbiorowej dezorientacji. Ludzie, skupieni na przetrwaniu i odnalezieniu się w nowej rzeczywistości, tracą zdolność do stawiania oporu zmianom, które w normalnych warunkach uznaliby za nieakceptowalne.
Z perspektywy politologicznej, doktryna ta opiera się na koncepcji „kapitalizmu katastroficznego”. Jej duchowym ojcem był Milton Friedman, laureat Nagrody Nobla i lider szkoły chicagowskiej, który wierzył, że tylko sytuacja kryzysowa – rzeczywista lub postrzegana – produkuje prawdziwą zmianę. W takim momencie to, co wcześniej wydawało się politycznie niemożliwe, staje się politycznie nieuniknione.
Proces ten zazwyczaj przebiega w trzech etapach:
Wprowadzenie doktryny szoku w życie niesie ze sobą szereg drastycznych zmian w funkcjonowaniu państwa. Jako politolog widzę tu przede wszystkim przesunięcie środka ciężkości z sektora publicznego na prywatny, co ma swoje głębokie konsekwencje społeczne.
Jedną z głównych implikacji jest masowa wyprzedaż majątku państwowego. W warunkach szoku przedsiębiorstwa strategiczne – energetyka, wodociągi, transport – trafiają w ręce prywatnych korporacji, często za ułamek ich realnej wartości. Towarzyszy temu radykalna deregulacja, czyli usuwanie barier dla biznesu, co z jednej strony może pobudzać wzrost, ale z drugiej często prowadzi do wyzysku i degradacji środowiska.
Praktycznym skutkiem doktryny szoku jest niemal zawsze drastyczne ograniczenie wydatków na cele społeczne. Edukacja, służba zdrowia i pomoc socjalna są poddawane „kuracji odchudzającej” w imię dyscypliny budżetowej. Dla przeciętnego obywatela oznacza to wzrost kosztów życia i spadek bezpieczeństwa socjalnego.
To prawdopodobnie najpoważniejsza implikacja z punktu widzenia politologii. Doktryna szoku często omija demokratyczne procedury. Decyzje są podejmowane za zamkniętymi drzwiami, za pomocą dekretów lub pod naciskiem międzynarodowych instytucji finansowych. To osłabia zaufanie do państwa i może prowadzić do polaryzacji społecznej, która wybucha z opóźnieniem, gdy szok minie.
Aby zrozumieć, jak to działa w praktyce, warto spojrzeć na konkretne przypadki, które analizujemy na studiach politologicznych.
W debacie publicznej często pojawia się pytanie o Plan Balcerowicza z 1990 roku. Choć wielu ekonomistów nazywa go „terapią szokową”, Naomi Klein w swojej książce poświęca Polsce cały rozdział, argumentując, że wykorzystano moment euforii po upadku komunizmu i strach przed zapaścią gospodarczą do wprowadzenia zmian, na które „Solidarność” w swojej pierwotnej, propracowniczej formie, mogłaby się nie zgodzić. To do dziś jeden z najgorętszych tematów w polskiej politologii i socjologii.
Zrozumienie doktryny szoku pozwala nam patrzeć na współczesne wydarzenia z większym krytycyzmem. Żyjemy w czasach „permanentnego kryzysu” – od pandemii, przez zmiany klimatyczne, aż po konflikty zbrojne. Każde z tych wydarzeń tworzy pokusę dla decydentów, by wprowadzać rozwiązania, które służą wąskim grupom interesu kosztem ogółu społeczeństwa.
Wiedza o tym, jak działa mechanizm szoku, jest najlepszą obroną przed manipulacją. Jako obywatele musimy pamiętać, że nawet w najtrudniejszych chwilach transparentność, debata publiczna i poszanowanie praw obywatelskich nie powinny być zawieszane na rzecz „szybkich i bolesnych reform”. Stabilna demokracja to taka, która potrafi przetrwać kryzys bez wyprzedawania swoich fundamentów pod wpływem impulsu i strachu.