Gość (83.4.*.*)
Wyobraź sobie klasę szkolną jako miniaturowe społeczeństwo. Z jednej strony mamy nauczyciela – tradycyjną figurę władzy – a z drugiej grupę rówieśniczą, która rządzi się własnymi, często bezwzględnymi prawami. Psychologowie i pedagodzy od lat zauważają ciekawą zależność: dzieci wychowywane w duchu ślepego posłuszeństwa wobec dorosłych mają tendencję do bezkrytycznego ulegania wpływom rówieśników. Dzieje się tak, ponieważ ich „mechanizm obronny” i umiejętność stawiania granic nie zostały wykształcone – nauczono je po prostu podporządkowywać się silniejszemu.
Co jednak wydarzyłoby się, gdyby nauczyciel postanowił rozegrać tę partię inaczej? Gdyby otwarcie uświadamiał uczniom, że hierarchia pionowa (nauczyciel–uczeń) jest naturalna i konieczna do funkcjonowania szkoły, ale w relacjach poziomych (uczeń–uczeń) panuje bezwzględna równość, a nacisk grupy rówieśniczej należy ignorować? Z perspektywy psychologii społecznej i pedagogiki taki eksperyment przyniósłby niezwykle interesujące, choć niejednoznaczne skutki.
Zanim przejdziemy do analizy nowego modelu, warto zrozumieć mechanizm, o którym mowa w założeniu. Kiedy dziecko uczy się, że jego własne zdanie, emocje i granice są mniej ważne niż autorytet dorosłego (rodzica czy nauczyciela), rozwija w sobie tak zwany zewnętrzny ośrodek kontroli.
W psychologii uważa się, że osoba z zewnętrznym umiejscowieniem kontroli wierzy, iż to czynniki zewnętrzne (inni ludzie, los, zasady) decydują o jej życiu. Kiedy takie dziecko trafia do grupy rówieśniczej, nie potrafi nagle włączyć trybu „asertywność”. Zamiast tego przenosi schemat uległości na nową „władzę” – lidera grupy rówieśniczej lub dominującą większość. Chęć uniknięcia kary lub odrzucenia (która wcześniej motywowała do słuchania dorosłych) teraz motywuje do robienia tego, czego wymaga grupa.
Gdyby nauczyciel zaczął aktywnie uczyć dzieci, że mają słuchać jego (jako autorytetu), ale jednocześnie zachować pełną niezależność i równość wobec rówieśników, w klasie zaszłyby głębokie zmiany dynamiczne. Psychologowie wskazują na kilka prawdopodobnych scenariuszy.
Największym wyzwaniem w tym modelu byłby konflikt poznawczy u dzieci. Trudno oczekiwać od młodego umysłu, by działał w sposób tak wybiórczy: „tutaj muszę być uległy i wykonywać polecenia bez dyskusji (wobec nauczyciela), ale tam muszę być twardy, asertywny i niezależny (wobec rówieśników)”.
Z perspektywy teorii rozwoju moralnego (np. Lawrence’a Kohlberga), dziecko uczy się postaw całościowo. Jeśli trenuje uległość wobec autorytetu, jego mózg uczy się, że „silniejszy ma rację”. Grupa rówieśnicza, jako całość, często jawi się dziecku jako siła potężniejsza niż pojedynczy nauczyciel. W efekcie, mimo instrukcji nauczyciela, uczeń w sytuacji stresowej mógłby nadal wybierać uległość wobec grupy, ponieważ to od niej bezpośrednio zależy jego codzienne przetrwanie emocjonalne w klasie.
Gdyby jednak uczniowie realnie przyswoili lekcję o „równości poziomej”, mogłoby to przynieść znakomite rezultaty w walce z tzw. bullyingiem (nękaniem rówieśniczym).
W klasach szkolnych naturalnie tworzą się nieformalne hierarchie – pojawiają się „liderzy”, „gwiazdy”, ale też osoby marginalizowane i „kozły ofiarne”. Jeśli nauczyciel konsekwentnie i skutecznie wdrażałby zasadę, że:
wówczas uczniowie zyskaliby silne narzędzie do obrony przed presją rówieśniczą. Świadomość, że „kolega z ławki nie jest moim szefem”, mogłaby znacząco wzmocnić asertywność dzieci cichych i wycofanych.
Istnieje też inny, niezwykle ciekawy scenariusz z zakresu socjologii grup. Ludzie mają naturalną tendencję do jednoczenia się w obliczu wspólnego „zewnętrznego” autorytetu lub zagrożenia.
Jeśli nauczyciel bardzo mocno akcentowałby różnicę hierarchiczną („ja tu rządzę, wy słuchacie mnie, a między sobą jesteście równi”), uczniowie mogliby poczuć silną więź opartą na zasadzie „my kontra on”. Zamiast słuchać nauczyciela, grupa mogłaby zjednoczyć się przeciwko niemu. W takim przypadku solidarność rówieśnicza stałaby się narzędziem oporu wobec autorytetu dorosłego. Dzieci mogłyby dojść do wniosku: „skoro jesteśmy sobie równi, to trzymajmy się razem przeciwko temu, który próbuje nami rządzić”.
Aby lepiej zrozumieć ten problem, warto odwołać się do teorii rozwoju moralnego Jeana Piageta. Wyróżnił on dwa główne etapy:
Propozycja, w której nauczyciel wymaga posłuszeństwa wobec siebie, jednocześnie promując autonomię wobec rówieśników, jest próbą sztucznego pogodzenia tych dwóch etapów. Z punktu widzenia psychologii rozwoju, to właśnie relacje rówieśnicze (w których nie ma odgórnej hierarchii) są dla dziecka poligonem doświadczalnym do nauki demokracji, negocjacji i asertywności.
Jeśli dorosły próbuje kontrolować ten proces, mówiąc dzieciom, jak mają się zachowywać wobec siebie nawzajem (nawet jeśli mówi im, by były równe), nadal występuje w roli autorytetu narzucającego zasady z góry. Może to paradoksalnie opóźniać wykształcenie prawdziwej, wewnętrznej autonomii u dzieci.
Wprowadzenie takiego podejścia wymagałoby od nauczyciela ogromnej dojrzałości i odejścia od autorytarnego stylu zarządzania klasą. Aby uczeń potrafił odróżnić zdrowy autorytet nauczyciela od toksycznej presji rówieśników, relacja nauczyciel–uczeń nie może opierać się na ślepym posłuszeństwie i strachu przed karą.
Współczesna pedagogika sugeruje, że najlepsze efekty przynosi model partnerski z jasno wyznaczonymi granicami. Nauczyciel nie musi być „dyktatorem”, by cieszyć się szacunkiem. Kiedy dzieci widzą, że dorosły szanuje ich podmiotowość, łatwiej uczą się szanować siebie nawzajem oraz stawiać granice tym rówieśnikom, którzy próbują wejść w rolę agresorów lub nieformalnych przywódców.