Gość (83.4.*.*)
Wyobraź sobie sytuację: nauczyciel wzywa Cię na rozmowę i sugeruje, że Twoje dziecko „nie radzi sobie z emocjami”, „ma trudności z koncentracją” albo wykazuje niepokojącą „podatność” na stany lękowe czy agresję. Pierwsza myśl, jaka często pojawia się w głowach rodziców i pedagogów pod wpływem presji otoczenia, to skierowanie malucha do psychiatry, terapeuty i szybkie wdrożenie terapii farmakologicznej lub innych form „naprawiania” jego biologii.
Ale czy to na pewno właściwy kierunek? Coraz głośniej mówi się o tym, że zamiast modyfikować biologiczną i psychiczną strukturę dziecka, powinniśmy uderzyć pięścią w stół i zażądać zmiany warunków, w jakich to dziecko funkcjonuje. Dlaczego to tak niezwykle ważne?
Wygodniej jest wskazać palcem na jedno dziecko i powiedzieć: „ono ma ADHD, dajcie mu leki” albo „jest zbyt wrażliwe, musi iść na terapię”. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ zmiana systemu jest trudna, kosztowna i wymaga wysiłku od wielu osób.
Zmiana warunków w klasie – zmniejszenie liczby uczniów, wyciszenie sali, zmiana metod nauczania czy przeszkolenie kadry – wymaga reform, budżetu i zaangażowania. Przypięcie dziecku łatki „uszkodzonego” i odesłanie go do lekarza zdejmuje odpowiedzialność ze szkoły i instytucji. To klasyczny przykład dominacji modelu medycznego nad społecznym, który od lat pokutuje w naszym systemie edukacji.
W psychologii i pedagogice od lat ścierają się dwa podejścia do trudności rozwojowych:
Gdy szkoła diagnozuje „podatność” dziecka na problemy, zazwyczaj patrzy przez pryzmat modelu medycznego. Ignoruje fakt, że ta „podatność” aktywuje się tylko w określonych, często toksycznych lub skrajnie niesprzyjających warunkach.
Warto w tym miejscu przytoczyć niezwykle ciekawą teorię psychologiczną opracowaną przez Bruce'a Ellisa i Thomasa Boyce'a – koncepcję dzieci-storczyków i dzieci-mniszków (ang. the orchid and the dandelion).
Większość dzieci (około 80%) to „mniszki lekarskie” (mlecze). Są niezwykle odporne. Mogą rosnąć niemal wszędzie – w hałasie, stresie, przy gorszych metodach nauczania – i i tak poradzą sobie całkiem dobrze.
Z kolei dzieci-storczyki (około 15-20% populacji) są niezwykle wrażliwe na warunki środowiskowe. W złym, stresującym i przebodźcowanym środowisku szybko marnieją, wykazując objawy lękowe, depresyjne czy agresywne. Jednak w środowisku wspierającym, ciepłym i dostosowanym do ich potrzeb, storczyki rozkwitają w sposób spektakularny, często przewyższając rówieśników kreatywnością, empatią i zdolnościami intelektualnymi.
Kiedy szkoła próbuje diagnozować „podatność” storczyka na problemy, próbuje go chemicznie lub behawioralnie zmusić do bycia mniszkiem. To tak, jakbyśmy podlewali storczyka benzyną i dziwili się, że usycha, zamiast po prostu przestawić go w nasłonecznione miejsce i podlać czystą wodą.
Próby „naprawiania” biologii dziecka (np. poprzez nadmierną i pochopną farmakoterapię) bez zmiany jego otoczenia niosą za sobą poważne konsekwencje:
Domaganie się zmiany warunków środowiskowych to nie roszczeniowość – to walka o podstawowe prawa dziecka do bezpiecznego rozwoju. Co instytucje mogą i powinny zrobić, zamiast od razu szukać biologicznych przyczyn „nieprzystosowania”?
Walka o zmianę środowiska, a nie biologii dziecka, to fundamentalny krok w stronę humanitarnego i mądrego społeczeństwa. Kiedy roślina więdnie, nie próbujemy jej genetycznie modyfikować ani szprycować chemikaliami, by polubiła ciemną piwnicę. Zmieniamy jej ziemię, podlewamy i stawiamy bliżej światła. Dokładnie tego samego potrzebują dzieci. Wspieranie ich naturalnej różnorodności poprzez dostosowanie otoczenia to najlepsza inwestycja w ich przyszłość i zdrowie psychiczne.