Gość (83.4.*.*)
Pod koniec II wojny światowej III Rzesza pokładała ogromne nadzieje w tak zwanej „cudownej broni” (Wunderwaffe), która miała odwrócić losy konfliktu. Najbardziej znanymi przedstawicielami tej technologii były pociski V-1 i V-2. Choć oba miały służyć do terroryzowania cywilów i niszczenia miast, takich jak Londyn czy Antwerpia, pod względem technicznym były to konstrukcje z zupełnie innych światów. Zrozumienie różnic między nimi pozwala lepiej pojąć, jak wielki skok technologiczny dokonał się w ciągu zaledwie kilku lat.
V-1 (Vergeltungswaffe 1) była w rzeczywistości prekursorem dzisiejszych pocisków manewrujących. Niemcy nazywali ją „latającą bombą”, a Brytyjczycy, ze względu na charakterystyczny dźwięk silnika, „doodlebug” lub „buzz bomb”.
Konstrukcja V-1 była stosunkowo prosta i tania w produkcji. Napędzał ją silnik pulsacyjny, który wydawał głośne, rytmiczne buczenie. Pocisk poruszał się jak niewielki samolot bez pilota, utrzymując stałą wysokość i kierunek dzięki prostemu systemowi żyroskopowemu. Największą słabością V-1 była jej prędkość – około 640 km/h. Dla ówczesnych myśliwców alianckich, takich jak Hawker Tempest czy Spitfire, była ona osiągalna. Piloci wypracowali nawet ryzykowną metodę „trącania” skrzydłem V-1, co zaburzało pracę żyroskopów i powodowało upadek pocisku do morza lub na niezamieszkane tereny.
V-2 (Vergeltungswaffe 2) to zupełnie inna liga technologiczna. Był to pierwszy w historii sprawny technicznie rakietowy pocisk balistyczny. W przeciwieństwie do V-1, która „leciała” przez atmosferę, V-2 była wystrzeliwana pionowo w górę, osiągała granicę kosmosu (ponad 80-100 km wysokości), a następnie spadała na cel z prędkością kilkukrotnie przekraczającą prędkość dźwięku.
Dla mieszkańców Londynu V-2 była bronią przerażającą, ponieważ nie dało się jej usłyszeć przed wybuchem. Ponieważ pocisk poruszał się szybciej niż dźwięk, najpierw następowała eksplozja, a dopiero potem docierał huk silnika i świst spadającej rakiety. W tamtym czasie nie istniała żadna metoda obrony przed V-2 – nie dało się jej zestrzelić ani przechwycić.
Aby lepiej zobrazować przepaść między tymi dwiema konstrukcjami, warto zestawić ich najważniejsze parametry:
Choć V-2 była narzędziem zniszczenia, to właśnie ona stała się fundamentem powojennego wyścigu zbrojeń i lotów w kosmos. Po wojnie zarówno USA, jak i ZSRR przejęły niemiecką technologię oraz naukowców (w tym Wernhera von Brauna). To właśnie na bazie rozwiązań z V-2 powstały rakiety, które wyniosły pierwszego człowieka na orbitę, a później pozwoliły Amerykanom wylądować na Księżycu.
Mimo zaawansowania technicznego, obie bronie miały jedną wspólną wadę: niską celność. V-1 często zbaczały z kursu o kilkanaście kilometrów, a V-2, choć nie do zatrzymania, rzadko trafiały w konkretny budynek czy instalację wojskową. Służyły głównie jako broń psychologiczna, mająca złamać morale ludności cywilnej.
Dodatkowo, produkcja V-2 była tak kosztowna i wymagała tak wielu zasobów, że wielu historyków uważa ten projekt za błąd strategiczny Hitlera. Zasoby te mogły zostać wykorzystane do budowy tysięcy myśliwców, które być może skuteczniej powstrzymałyby alianckie naloty na niemieckie miasta.
W historii techniki V-1 pozostaje ciekawym przodkiem pocisków typu Tomahawk, natomiast V-2 jest uznawana za punkt zwrotny, który otworzył przed ludzkością drzwi do gwiazd – choć jej początki były tragiczne i związane z ogromnym cierpieniem.