Gość (37.30.*.*)
Świat, w którym żyjemy, rzadko bywa czarno-biały. Każdy z nas nosi w sobie całą mozaikę cech: płeć, wiek, pochodzenie, orientację seksualną, status materialny czy stopień sprawności fizycznej. Choć intuicyjnie rozumiemy, że te elementy wpływają na nasze codzienne doświadczenia, przez lata systemy prawne i społeczne próbowały szufladkować ludzi według jednej, dominującej kategorii. Odpowiedzią na to uproszczenie jest intersekcjonalność (nazywana też wielokrotnością wykluczeń) – pojęcie, które szturmem zdobyło uniwersytety, media i debatę publiczną. Dlaczego ten termin budzi tyle emocji i dlaczego jego uwaga tak mocno koncentruje się na kobietach oraz mniejszościach tożsamościowych?
Aby dobrze zrozumieć to pojęcie, warto cofnąć się do 1989 roku. To właśnie wtedy amerykańska prawniczka i profesorka Kimberlé Crenshaw po raz pierwszy użyła terminu intersectionality (od angielskiego słowa intersection, czyli skrzyżowanie).
Crenshaw użyła genialnej w swojej prostocie metafory skrzyżowania dróg. Wyobraź sobie, że stoisz na środku ruchliwego skrzyżowania. Ruch samochodowy nadjeżdża z różnych kierunków: jedna ulica to dyskryminacja ze względu na płeć (seksizm), druga to rasizm, trzecia to uprzedzenia klasowe (klasizm), a czwarta to np. homofobia. Jeśli na tym skrzyżowaniu dojdzie do wypadku, potrącenie może być skutkiem aut nadjeżdżających z kilku stron jednocześnie. Dokładnie tak samo działa dyskryminacja. Osoba, która należy do kilku grup marginalizowanych, nie doświadcza uprzedzeń w sposób „odseparowany” – jej doświadczenie jest unikalną wypadkową wszystkich tych czynników naraz.
Skupienie intersekcjonalności na kobietach oraz mniejszościach tożsamościowych (etnicznych, seksualnych, narodowych czy osobach z niepełnosprawnościami) nie jest przypadkowe. Wynika ono bezpośrednio z historii powstania tego narzędzia badawczego oraz z samej natury problemów, które próbuje ono rozwiązać.
Intersekcjonalność narodziła się z konkretnej potrzeby i luki, jaką zauważyły czarnoskóre feministki w USA. Tradycyjny ruch feministyczny lat 60. i 70. XX wieku był w dużej mierze zdominowany przez białe kobiety z klasy średniej. Ich postulaty dotyczyły m.in. prawa do pracy zawodowej i wyjścia z roli gospodyń domowych. Z kolei ruch na rzecz praw obywatelskich osób czarnoskórych był zdominowany przez mężczyzn.
Czarnoskóre kobiety znalazły się w próżni. Ich problemy były ignorowane przez obie grupy:
Intersekcjonalność powstała więc po to, aby oddać głos tym, których tożsamość znajdowała się na marginesie głównych nurtów walki o równouprawnienie.
Kimberlé Crenshaw zilustrowała swój koncept prawdziwym przypadkiem sądowym – sprawą DeGraffenreid vs. General Motors z 1976 roku. Pięć czarnoskórych kobiet pozwało firmę General Motors za dyskryminację przy zatrudnianiu. Firma broniła się, pokazując statystyki: zatrudniali przecież czarnoskórych pracowników (byli to głównie mężczyźni pracujący w fabryce) oraz kobiety (były to głównie białe sekretarki w biurach).
Sąd odrzucił pozew kobiet, argumentując, że nie można łączyć dwóch różnych zarzutów dyskryminacji (ze względu na rasę i płeć) w jedną sprawę. Sędzia uznał, że skoro firma zatrudnia kobiety i zatrudnia osoby czarnoskóre, to nie dyskryminuje. Sąd nie dostrzegł jednak, że czarne kobiety były dyskryminowane właśnie jako czarne kobiety – nie miały szans ani na pracę fizyczną (zarezerwowaną dla mężczyzn), ani na biurową (zarezerwowaną dla białych kobiet). To idealny dowód na to, dlaczego skupienie się na mniejszościach tożsamościowych i kobietach jest kluczowe – bez tego narzędzia ich specyficzne problemy pozostają całkowicie niewidoczne dla systemu prawnego.
Skupienie się na mniejszościach pozwala dostrzec, że doświadczenie dyskryminacji nie jest sumą prostych składników, ale tworzy zupełnie nową jakość.
Intersekcjonalność uczy nas, że nie ma jednego, uniwersalnego „doświadczenia kobiety” czy „doświadczenia osoby LGBT+”. Analizując sytuację mniejszości przez ten pryzmat, możemy tworzyć skuteczniejsze rozwiązania pomocowe, programy socjalne czy przepisy prawne, które realnie trafiają w punkt, zamiast oferować powierzchowne rozwiązania.
Choć brzmi to bardzo akademicko, intersekcjonalność ma ogromne przełożenie na codzienne życie, rynek pracy i medycynę.
W obszarze zdrowia przez dekady większość badań medycznych przeprowadzano na młodych, białych mężczyznach, traktując ich organizmy jako „standard”. Doprowadziło to do sytuacji, w której objawy zawału serca u kobiet (często subtelniejsze, jak mdłości czy ból pleców) były bagatelizowane przez lekarzy, ponieważ różniły się od „klasycznych” męskich objawów (silny ból w klatce piersiowej promieniujący do ramienia). Gdy dodamy do tego czynnik rasy lub statusu ekonomicznego, okazuje się, że kobiety z mniejszości etnicznych w wielu krajach rozwiniętych mają statystycznie znacznie gorszy dostęp do diagnostyki i wyższą śmiertelność okołoporodową.
W biznesie i rekrutacji działy HR coraz częściej zauważają, że tradycyjne programy wspierania różnorodności (tzw. DEI – Diversity, Equity, and Inclusion) nie działają, jeśli są jednowymiarowe. Promowanie kobiet na stanowiska kierownicze często pomagało jedynie kobietom uprzywilejowanym (dobrze wykształconym, z dużych ośrodków, bez zobowiązań opiekuńczych). Dopiero podejście intersekcjonalne pozwala dostrzec bariery, z jakimi mierzą się np. matki samodzielnie wychowujące dzieci czy kobiety z niepełnosprawnościami.
Spojrzenie na świat przez okulary intersekcjonalności pozwala dostrzec niuanse, które łatwo przeoczyć, patrząc na społeczeństwo w sposób uproszczony. To nie tylko teoria naukowa, ale przede wszystkim praktyczne narzędzie do budowania bardziej sprawiedliwego i empatycznego świata, w którym nikt nie wpada w szczeliny systemu tylko dlatego, że jego tożsamość nie mieści się w standardowych szablonach.