Gość (37.30.*.*)
Świat, w którym żyjemy, często wydaje nam się uporządkowany, przewidywalny i oparty na jasnych zasadach dyplomacji. Jednak w teorii stosunków międzynarodowych istnieje fascynująca, choć nieco mroczna koncepcja, która porównuje globalną politykę do dżungli. Choć termin ten może brzmieć jak metafora z filmu przyrodniczego, niesie on ze sobą głębokie przesłanie o tym, jak kruchy jest pokój i jak łatwo porządek może ustąpić miejsca chaosowi.
Najbardziej znanym propagatorem tej koncepcji w ostatnich latach jest Robert Kagan, amerykański historyk i analityk polityczny. W swojej książce „The Jungle Grows Back” (Dżungla odrasta) stawia on odważną tezę: porządek światowy, który znamy od zakończenia II wojny światowej, nie jest naturalnym stanem rzeczy. Jest on raczej starannie wypielęgnowanym „ogrodem”.
W tej metaforze ogród reprezentuje liberalną demokrację, wolny handel i rządy prawa. Z kolei dżungla to naturalny stan ludzkiej historii – świat pełen przemocy, autorytaryzmu, walki o wpływy i dominacji silniejszych nad słabszymi. Według Kagana, jeśli „ogrodnik” (za którego tradycyjnie uważa się Stany Zjednoczone i ich sojuszników) przestanie dbać o rośliny i wycinać chwasty, dżungla nieuchronnie powróci, pochłaniając wszystko, co udało się zbudować.
Zwolennicy tej koncepcji argumentują, że historia ludzkości przez tysiące lat opierała się na prawie silniejszego. Państwa, podobnie jak drapieżniki w dżungli, rywalizowały o zasoby, terytoria i przetrwanie. Pokój był zazwyczaj tylko krótką przerwą między kolejnymi konfliktami, a nie trwałą cechą systemu.
Koncepcja państw jako dżungli opiera się na kilku kluczowych założeniach:
Koncepcja ta jest blisko związana z nurtem realizmu w stosunkach międzynarodowych. Realiści, tacy jak Thomas Hobbes czy w czasach nowożytnych Hans Morgenthau, uważali, że natura ludzka jest skłonna do rywalizacji, a państwa działają w sposób egoistyczny.
Hobbes opisywał stan natury jako „wojnę każdego z każdym”, gdzie życie jest „samotne, biedne, bezbronne, zwierzęce i krótkie”. Współczesna wizja dżungli to po prostu przeniesienie tego pesymistycznego spojrzenia na poziom globalny. W tym ujęciu instytucje takie jak ONZ czy trybunały międzynarodowe są jedynie cienką warstwą lakieru na brutalnej rzeczywistości walki o wpływy.
Wielu analityków wskazuje, że wydarzenia z ostatnich lat – takie jak inwazja Rosji na Ukrainę, rosnące napięcia na linii USA-Chiny czy kryzysy demokracji w różnych częściach świata – to dowody na to, że „dżungla odrasta”. Gdy główne mocarstwa zaczynają ignorować prawo międzynarodowe na rzecz twardej siły militarnej, wracamy do mechanizmów znanych z XIX czy początku XX wieku.
W koncepcji tej nie chodzi o to, że dżungla jest „zła” w sensie moralnym – ona po prostu jest. Jest naturalnym procesem, który następuje, gdy zabraknie energii i determinacji do podtrzymywania sztucznego, ale korzystnego dla nas porządku.
W kontekście państw jako dżungli często wspomina się o tzw. Pułapce Tukidydesa. To termin spopularyzowany przez Grahama Allisona, który odnosi się do sytuacji, gdy wschodzące mocarstwo zaczyna zagrażać dominacji obecnego lidera. Nazwa pochodzi od antycznego historyka, który zauważył, że to właśnie strach Sparty przed rosnącą potęgą Aten uczynił wojnę peloponeską nieuniknioną. To klasyczny mechanizm „dżungli”, w którym instynkt przetrwania i strach przed utratą pozycji dyktują działania państw, niezależnie od ich dobrych chęci.
Zrozumienie tej koncepcji pozwala spojrzeć na współczesne konflikty nie jako na odosobnione przypadki „szaleństwa” poszczególnych przywódców, ale jako na przejaw głębszych, naturalnych mechanizmów rządzących światem, gdy mechanizmy obronne cywilizacji zaczynają zawodzić.