Gość (37.30.*.*)
Kiedy słyszymy hasła o „sprawiedliwym podziale dóbr”, wielu z nas automatycznie zapala się czerwona lampka. Skojarzenia z minionym systemem, pustymi półkami i odgórnym sterowaniem gospodarką są w naszym kraju wciąż bardzo żywe. Trudno się dziwić – historia XX wieku pokazała, że próba wprowadzenia utopijnej równości siłą skończyła się tragicznie. Czy jednak dzisiejsze debaty o sprawiedliwości społecznej to rzeczywiście „komunizm w nowym opakowaniu”? Warto przyjrzeć się temu bliżej, bo diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach i definicjach.
Podstawowym błędem jest stawianie znaku równości między dążeniem do sprawiedliwości a ideologią komunistyczną. Komunizm, w swojej marksistowsko-leninowskiej wersji, zakładał całkowite zniesienie własności prywatnej i centralne planowanie. Hasło „każdemu według potrzeb, od każdego według możliwości” brzmiało pięknie na papierze, ale w praktyce zabiło motywację do pracy i innowacyjności, prowadząc do niewydolności ekonomicznej i totalitaryzmu.
Współczesne postulaty sprawiedliwego podziału dóbr zazwyczaj nie dążą do tego, by każdy zarabiał tyle samo. Chodzi raczej o sprawiedliwość dystrybutywną, o której pisał już Arystoteles, a w czasach nowożytnych m.in. John Rawls. W tym ujęciu nie chodzi o „równość żołądków”, ale o:
Skoro wiemy, że eksperyment komunistyczny się nie udał, dlaczego temat podziału dóbr wraca jak bumerang? Odpowiedź jest prosta: ponieważ skrajne nierówności są destabilizujące dla społeczeństwa i samej gospodarki.
Historia uczy, że gdy przepaść między najbogatszymi a najbiedniejszymi staje się zbyt wielka, systemy demokratyczne zaczynają się chwiać. Rośnie populizm, a ludzie, którzy czują się wykluczeni, są bardziej skłonni do popierania radykalnych rozwiązań. Dzisiejsze rozmowy o sprawiedliwości nie są więc próbą wskrzeszenia Karola Marksa, ale raczej próbą „naprawienia” kapitalizmu, by był on bardziej zrównoważony i odporny na kryzysy.
Współczesna ekonomia (np. prace Thomasa Piketty’ego) wskazuje, że bez interwencji państwa kapitał ma tendencję do koncentrowania się w coraz mniejszej liczbie rąk szybciej, niż rośnie cała gospodarka. To rodzi pytania o to, jak opodatkować największe fortuny czy cyfrowe giganty, by system był po prostu uczciwy wobec zwykłego podatnika.
Warto jednak pamiętać o lekcji z historii, o którą pytasz. Największym zagrożeniem przy wdrażaniu haseł o sprawiedliwości jest próba wymuszenia „równości wyników”. Kiedy państwo próbuje sprawić, by wszyscy mieli tyle samo, niezależnie od wysiłku, talentu czy podjętego ryzyka, system nieuchronnie zmierza ku upadkowi.
Różnica między dzisiejszymi postulatami a komunizmem polega na tym, że większość współczesnych reformatorów chce działać wewnątrz systemu rynkowego, a nie go niszczyć. Zamiast nacjonalizacji fabryk, proponuje się progresywne podatki, lepsze usługi publiczne czy wzmocnienie praw pracowniczych. To model, który z powodzeniem (choć nie bez problemów) funkcjonuje np. w krajach skandynawskich.
Czy wiesz, że poczucie sprawiedliwości jest nam niemalże wrodzone? Badania nad naczelnymi (np. kapucynkami) pokazały, że małpy reagują agresją i odmawiają współpracy, jeśli widzą, że ich towarzysz otrzymał lepszą nagrodę (np. winogrono) za to samo zadanie, za które one dostały gorszą (kawałek ogórka). To sugeruje, że dążenie do „sprawiedliwego podziału” nie jest tylko wymysłem ideologicznym, ale głęboko zakorzenioną potrzebą społeczną, która pozwala grupom przetrwać.
Choć słowa brzmią podobnie, intencje i metody są zazwyczaj inne. Komunizm chciał sprawiedliwości poprzez przymus i likwidację wolności. Współczesna debata o podziale dóbr to raczej poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: jak sprawić, by owoce wzrostu gospodarczego były dostępne dla szerszej grupy ludzi, a nie tylko dla nielicznych?
Nie musimy powtarzać błędów przeszłości, by dbać o sprawiedliwość. Kluczem jest znalezienie złotego środka między wolnością gospodarczą a solidarnością społeczną. Ignorowanie problemu nierówności tylko dlatego, że kojarzy się on z komunizmem, może być równie niebezpieczne, co próba wprowadzenia utopii siłą. Historia uczy nas bowiem, że systemy, które zapominają o człowieku, prędzej czy później spotyka ten sam los.