Gość (37.30.*.*)
Świat jazzu od zawsze rządził się własnymi prawami, a jego przedstawiciele wypracowali unikalny kod językowy, który dla postronnego słuchacza może brzmieć jak szyfr. Jednym z najbardziej ikonicznych określeń, które przetrwało dekady i wciąż jest używane na jam sessions od Nowego Jorku po Warszawę, jest nazywanie muzyka „kotem” (ang. cat). Choć dziś brzmi to naturalnie, historia tego terminu jest głęboko zakorzeniona w kulturze afroamerykańskiej i specyficznym stylu życia, jaki prowadzili pionierzy improwizacji.
Określenie „cat” w kontekście muzycznym zyskało popularność w latach 20. i 30. XX wieku, głównie w tętniących życiem dzielnicach takich jak Harlem w Nowym Jorku czy w klubach Chicago. W tamtym czasie muzycy jazzowi zaczęli tworzyć własny żargon, znany jako „jive talk”. Był to sposób na budowanie tożsamości grupowej i odróżnienie się od głównego nurtu społeczeństwa.
Dlaczego wybrano akurat kota? Koty od zawsze kojarzyły się z niezależnością, elegancją i nocnym trybem życia. Jazzman, podobnie jak kot, ożywał po zmroku, poruszał się z gracją (zarówno fizyczną, jak i muzyczną) i zawsze „spadał na cztery łapy”, co w świecie improwizacji można interpretować jako umiejętność wyjścia z każdej opresji harmonicznej podczas solówki.
Kiedy jeden jazzman mówi o drugim, że jest „dobrym kotem” (a good cat), nie komplementuje jedynie jego techniki gry na instrumencie. To określenie niesie ze sobą znacznie głębszy ładunek emocjonalny i społeczny. Bycie „dobrym kotem” oznacza połączenie trzech kluczowych cech:
W środowisku jazzowym szacunek zdobywa się nie tylko nutami, ale też postawą. Jeśli ktoś zostaje nazwany „dobrym kotem”, oznacza to, że został w pełni zaakceptowany przez społeczność.
Jedną z postaci, która najbardziej przyczyniła się do utrwalenia tego określenia, był Louis „Satchmo” Armstrong. Słynął on z tego, że do niemal każdego zwracał się per „cat” lub „pops”. Dla Armstronga wszyscy muzycy, których szanował, byli „kotami”. Dzięki jego ogromnej popularności i licznym wywiadom, slang ten przeniknął do szerszej świadomości społecznej, stając się synonimem kogoś, kto jest „hip” (na czasie, wtajemniczony).
Z biegiem lat termin ewoluował. W erze bebopu, kiedy jazz stał się bardziej intelektualny i wymagający, „koty” stały się jeszcze bardziej wybredne. Pojawiło się określenie „cool cat” – oznaczające kogoś, kto nie tylko świetnie gra, ale też zachowuje stoicki spokój w każdej sytuacji.
Warto zauważyć, że w przeciwieństwie do wielu innych słów ze slangu, które szybko wychodzą z mody, „cat” przetrwał próbę czasu. Nawet dzisiaj, w dobie mediów społecznościowych, młodzi adepci jazzu na akademiach muzycznych używają tego słowa, by wyrazić uznanie dla kolegów z zespołu.
Choć „cat” kojarzy się głównie z jazzem, termin ten przeniknął do innych sfer kultury. W latach 50. i 60. terminem tym określano również bitników i fanów egzystencjalizmu, którzy przesiadywali w zadymionych piwnicach, słuchając nowoczesnego jazzu. Z kolei w slangu hip-hopowym, który w dużej mierze czerpie z jazzowego dziedzictwa, słowo to zostało częściowo zastąpione przez inne określenia, ale duch „niezależnego, sprawnego gracza” pozostał ten sam.
Jazz to muzyka oparta na dialogu i relacjach międzyludzkich. Nazywanie kogoś „dobrym kotem” skraca dystans. To sygnał: „Jesteś jednym z nas, rozumiemy się bez słów”. W świecie, który staje się coraz bardziej sformalizowany, taka forma koleżeńskiego uznania pozwala zachować unikalny, niemal rodzinny charakter środowiska jazzowego.
Jeśli więc kiedykolwiek usłyszysz w klubie jazzowym, jak starszy saksofonista mówi do młodego pianisty: „Stary, jesteś dobrym kotem”, wiedz, że to jeden z największych komplementów, jakie można otrzymać w tym świecie. To znak, że młody muzyk nie tylko opanował instrument, ale też zrozumiał duszę jazzu.