Gość (83.4.*.*)
Wyobraź sobie malownicze, spokojne miasteczko nad brzegiem morza, gdzie wszyscy się znają, a największym problemem jest zbyt głośna muzyka u sąsiada. Nagle, za sprawą popularnego pisarza, to samo miejsce staje się areną brutalnych morderstw, mrocznych spisków i seryjnych zabójców. Taką metamorfozę przeszły szwedzkie miejscowości Ystad i Fjällbacka. Czy ich włodarze mogliby uderzyć pięścią w stół i pozwać autorów za psucie wizerunku? Odpowiedź na to pytanie jest fascynującym połączeniem prawa, marketingu i wolności słowa.
W świecie zachodnim, w tym w Szwecji i Polsce, wolność ekspresji artystycznej jest jedną z fundamentalnych zasad. Pisarze mają prawo osadzać akcję swoich powieści w realnie istniejących miejscach. Użycie nazwy geograficznej, takiej jak Ystad czy Fjällbacka, nie wymaga zgody władz lokalnych. Miasto, jako jednostka administracyjna, nie posiada „praw autorskich” do swojej nazwy w kontekście literatury pięknej.
Z prawnego punktu widzenia, aby miasto mogło skutecznie pozwać twórcę, musiałoby wykazać, że doszło do zniesławienia. Tutaj jednak pojawiają się schody. Zniesławienie dotyczy zazwyczaj osób fizycznych lub prawnych (np. konkretnych firm). Bardzo trudno jest udowodnić, że fikcyjna fabuła kryminalna narusza dobra osobiste tysięcy mieszkańców lub samej instytucji urzędu miasta. Większość systemów prawnych uznaje, że czytelnik potrafi odróżnić fikcję literacką od rzeczywistości.
Niektóre miasta próbują zastrzegać swoje nazwy lub herby jako znaki towarowe, ale dotyczy to zazwyczaj konkretnych towarów i usług – np. pamiątek, usług turystycznych czy wydarzeń kulturalnych. Nawet jeśli Ystad zastrzegłoby swoją nazwę jako znak towarowy, nie mogłoby zabronić pisarzowi użycia jej w powieści jako określenia miejsca akcji. Prawo do informowania o lokalizacji (nawet fikcyjnej) przeważa nad ochroną znaku towarowego w literaturze.
Warto też dodać, że w Szwecji prawo do wolności druku (Tryckfrihetsförordningen) jest wyjątkowo silne i ma rangę konstytucyjną. Jakakolwiek próba cenzurowania autorów ze względu na to, że przedstawiają miasto w „złym świetle” (jako miejsce zbrodni), zostałaby uznana za niedopuszczalne ograniczenie swobód obywatelskich.
Choć teoretycznie można sobie wyobrazić karkołomną batalię prawną o „naruszenie renomy”, w rzeczywistości władze tych miast robią coś dokładnie odwrotnego: zacierają ręce z radości. Zjawisko to nazywamy turystyką literacką.
Zamiast strat wizerunkowych, miasta te odnotowały gigantyczny wzrost zainteresowania. Kryminały sprawiły, że te miejsca zyskały „duszę” i stały się intrygujące dla ludzi z całego świata.
Choć miasta jako całości nie pozywają autorów, w historii zdarzały się przypadki, gdy właściciele konkretnych domów (opisanych w książkach lub pokazanych w filmach jako miejsca zbrodni) skarżyli się na uciążliwych turystów. W takich sytuacjach prawo bywa po stronie właścicieli, jeśli fani naruszają mir domowy lub niszczą mienie. Jednak w przypadku samych nazw miejscowości, prawo stoi murem za pisarzami.
Podsumowując, prawna możliwość pozwania twórców kryminałów przez Ystad czy Fjällbackę jest praktycznie zerowa. Brak podstaw prawnych do zakazywania fikcji literackiej w połączeniu z ogromnymi korzyściami ekonomicznymi sprawia, że „morderstwa na papierze” są dla tych miast błogosławieństwem, a nie przekleństwem. Gdyby nie Kurt Wallander, Ystad dla wielu turystów pozostałoby jedynie sennym portem promowym, a tak – jest legendą światowego kryminału.