Gość (83.4.*.*)
Kwestia wolności słowa i jej granic to jeden z najgorętszych tematów w debacie publicznej, zwłaszcza w dobie mediów społecznościowych. Choć mogłoby się wydawać, że zachodnie demokracje mówią w tej sprawie jednym głosem, rzeczywistość prawna po obu stronach Atlantyku jest skrajnie różna. To, co w Stanach Zjednoczonych uchodzi za dopuszczalną (choć kontrowersyjną) opinię, w Unii Europejskiej może skończyć się wysoką grzywną, a nawet wyrokiem pozbawienia wolności. Zrozumienie tych różnic pozwala lepiej pojąć, dlaczego giganci technologiczni z Doliny Krzemowej tak często ścierają się z europejskimi regulatorami.
W Stanach Zjednoczonych fundamentem wszystkiego jest Pierwsza Poprawka do Konstytucji. Chroni ona wolność wypowiedzi w sposób, który dla wielu Europejczyków jest wręcz szokujący. W amerykańskim systemie prawnym nie istnieje oficjalna kategoria „hate speech” (mowy nienawiści), która byłaby wyłączona spod ochrony konstytucyjnej. Oznacza to, że samo obrażanie grup etnicznych, religijnych czy mniejszości seksualnych – choć powszechnie potępiane społecznie – jest z punktu widzenia prawa legalne.
Sąd Najwyższy USA stoi na stanowisku, że rządu nie można upoważnić do decydowania o tym, które idee są „dobre”, a które „złe”. Kluczowym wyrokiem jest tutaj sprawa Brandenburg v. Ohio z 1969 roku. Sąd uznał wtedy, że państwo może zakazać wypowiedzi tylko wtedy, gdy są one skierowane na wywołanie „nieuchronnych bezprawnych działań” (imminent lawless action) i jest wysoce prawdopodobne, że takie działania rzeczywiście wywołają. Innymi słowy: możesz głosić nienawistne hasła na wiecu, ale nie możesz podżegać tłumu do natychmiastowego ataku na konkretny budynek czy osobę.
Podejście europejskie opiera się na zupełnie innej filozofii. W Europie wolność słowa nie jest wartością nadrzędną nad wszystkimi innymi; musi ona współistnieć z prawem do ochrony godności ludzkiej, prywatności i porządku publicznego. Europejska Konwencja Praw Człowieka (art. 10) wyraźnie zaznacza, że korzystanie z wolności wypowiedzi wiąże się z obowiązkami i odpowiedzialnością.
Unia Europejska, poprzez decyzje ramowe (np. 2008/913/WSiSW), zobowiązuje państwa członkowskie do karania za publiczne nawoływanie do przemocy lub nienawiści skierowanej przeciwko grupie osób zdefiniowanej według rasy, koloru skóry, religii, pochodzenia lub narodowości. W Europie uważa się, że mowa nienawiści sama w sobie jest formą przemocy, która niszczy tkankę społeczną i może prowadzić do tragedii, dlatego należy ją dusić w zarodku.
Różnice te stają się szczególnie widoczne w internecie. Unia Europejska wprowadziła niedawno Akt o usługach cyfrowych (Digital Services Act), który nakłada na platformy takie jak X (dawny Twitter), Facebook czy TikTok surowe obowiązki w zakresie moderowania treści. Jeśli platforma nie usunie nienawistnych wpisów zgłoszonych przez użytkowników w odpowiednim czasie, grożą jej gigantyczne kary finansowe.
Dla amerykańskich właścicieli tych platform jest to często trudne do zaakceptowania pod względem ideologicznym. W USA panuje przekonanie, że „najlepszym lekarstwem na złą wypowiedź jest więcej wypowiedzi”, czyli merytoryczna kontra, a nie cenzura. Europa odpowiada na to krótko: niektóre wypowiedzi są tak toksyczne, że odbierają głos innym i niszczą demokrację.
W dyskusjach o różnicach między USA a UE często przywołuje się „paradoks tolerancji” Karla Poppera. Filozof ten twierdził, że jeśli społeczeństwo jest bezgranicznie tolerancyjne, nawet wobec nietolerancyjnych, to ci ostatni w końcu zniszczą tolerancję i samych tolerancyjnych. To podejście jest bliskie europejskiemu ustawodawcy. Amerykanie natomiast wierzą, że społeczeństwo jest wystarczająco silne, by odrzucić nienawistne idee w drodze debaty, bez pomocy prokuratora.
Warto pamiętać, że choć prawo w USA pozwala na więcej, nie oznacza to braku konsekwencji. „Cancel culture” czy utrata pracy za kontrowersyjne wypowiedzi to mechanizmy społeczne, które w Stanach Zjednoczonych działają bardzo silnie, często zastępując brak regulacji państwowych. W Europie natomiast to prawo bierze na siebie ciężar wyznaczania granic przyzwoitości w przestrzeni publicznej.