Gość (37.30.*.*)
Wielu z nas, odwiedzając galerie sztuki współczesnej, czuje pewien rodzaj konsternacji. Stoimy przed białym płótnem z jedną kropką albo obserwujemy performera wykonującego codzienne czynności i zastanawiamy się: „Czy to jeszcze sztuka, czy już żart?”. To poczucie nie jest przypadkowe. Współczesne podejście do estetyki w Europie i kręgach zachodnich przeszło długą drogę od zachwytu nad rzemiosłem do kultu idei, co doprowadziło do powstania swoistego muru między twórcą a odbiorcą.
Historycznie rzecz biorąc, sztuka pełniła funkcje użytkowe, religijne lub dekoracyjne. Miała być czytelna – obraz w kościele opowiadał historię biblijną analfabetom, a portret króla miał budzić respekt. Przełom nastąpił wraz z narodzinami modernizmu. Artyści zaczęli buntować się przeciwko mieszczańskim gustom i fotografii, która „ukradła” malarstwu funkcję odwzorowywania rzeczywistości.
Wtedy narodziło się przekonanie, że sztuka prawdziwa to taka, która rzuca wyzwanie. Jeśli coś jest łatwe w odbiorze, uznaje się to za „kicz” lub produkt przemysłu kulturowego. Według myślicieli takich jak Theodor Adorno, sztuka popularna jest formą manipulacji masami, natomiast sztuka wysoka musi być trudna, a nawet bolesna, by zmusić widza do krytycznego myślenia. W ten sposób niezrozumiałość stała się certyfikatem jakości – im trudniej wejść do tego „klubu wtajemniczonych”, tym wyższy status społeczny i intelektualny przypisuje się odbiorcy.
W świecie wysokiej kultury często panuje przekonanie, że masowy gust jest niewybredny. Jeśli coś podoba się milionom, oznacza to, że gra na najprostszych instynktach i nie zawiera w sobie głębi. To zjawisko nazywamy „elitaryzmem estetycznym”.
Dla wielu krytyków sukces komercyjny jest sygnałem, że artysta „sprzedał się” lub przestał poszukiwać prawdy, a zaczął schlebiać gustom. Tworzy się więc paradoks: artysta chce być uznany, ale jeśli uzna go zbyt wielu „zwykłych” ludzi, traci on uznanie w oczach ekspertów. To prowadzi do hermetyczności – tworzenia dzieł, które wymagają przeczytania trzech tomów teorii filozoficznej, zanim w ogóle zacznie się na nie patrzeć.
Pytanie o obieranie ziemniaków lub malowanie kresek dotyka sedna tzw. instytucjonalnej teorii sztuki. Została ona sformułowana m.in. przez George’a Dickiego i Arthura Danto. W dużym skrócie mówi ona, że sztuką jest to, co za sztukę uzna świat sztuki (kuratorzy, krytycy, galerie).
Dlaczego te same czynności wykonane przez nas w domu nie są sztuką, a w galerii już tak?
Obecna sytuacja sugeruje, że sztuka przestała być domeną estetyki (piękna), a stała się domeną intelektu i socjologii. Często staje się też narzędziem budowania hierarchii społecznej. Znajomość kodów współczesnej sztuki pozwala odróżnić „elity” od „mas”.
Zjawisko to wskazuje również na pewien kryzys komunikacji. Sztuka, która staje się zbyt hermetyczna, ryzykuje całkowitą izolację. Z drugiej strony, w świecie zdominowanym przez szybkie obrazy z TikToka, ta „trudna” sztuka jest dla wielu ostatnim bastionem refleksji, która wymaga czasu, skupienia i wyjścia poza strefę komfortu.
W psychologii i socjologii sztuki często przywołuje się baśń o nowych szatach cesarza. Istnieje obawa, że część współczesnych dzieł jest ceniona tylko dlatego, że nikt nie chce wyjść na osobę niewykształconą lub pozbawioną gustu, przyznając, że „nic tam nie widzi”. To zjawisko wzmacnia rynkową wartość dzieł, które dla laika są bezwartościowe, tworząc bańkę spekulacyjną opartą na prestiżu, a nie na realnym rzemiośle.
Współczesna sztuka europejska jest więc bardziej o pytaniach niż o odpowiedziach. Nie pyta już „czy to jest ładne?”, ale „dlaczego to jest sztuką?”. Choć bywa to irytujące, zmusza nas do zastanowienia się nad tym, gdzie kończy się codzienność, a zaczyna nadawanie sensu rzeczywistości.