Gość (37.30.*.*)
Wielu z nas z sentymentem wspomina czasy "Akademii Pana Kleksa", "Awantury o Basię" czy kultowych seriali takich jak "Siedem życzeń" i "Janka". Kiedyś polska oferta dla młodych widzów była bogata, różnorodna i – co najważniejsze – regularna. Dziś sytuacja wygląda zgoła inaczej. Choć od czasu do czasu w kinach pojawia się rodzima produkcja familijna, to seriale dla dzieci i młodzieży praktycznie zniknęły z ramówek tradycyjnych telewizji. Przyczyn tego stanu rzeczy jest co najmniej kilka i tworzą one skomplikowaną sieć zależności finansowych, rynkowych oraz kulturowych.
Najprostsza i niestety najbardziej brutalna odpowiedź brzmi: pieniądze. Produkcja filmu lub serialu dla dzieci jest często droższa niż realizacja dramatu obyczajowego dla dorosłych. Wymaga ona specyficznej scenografii, kostiumów, a nierzadko efektów specjalnych, które muszą konkurować z tymi, jakie dzieci widzą w produkcjach Disneya czy Marvela.
W polskim systemie telewizyjnym głównym źródłem dochodu są reklamy. Tutaj pojawia się problem – przepisy dotyczące emisji reklam przy programach dla dzieci są bardzo restrykcyjne. Nadawcy nie mogą przerywać bajek blokami reklamowymi, a produkty, które można promować w tym czasie, są ściśle określone. To sprawia, że pasma dla dzieci są dla komercyjnych stacji mało rentowne. Zamiast inwestować miliony w autorski serial, taniej jest kupić licencję na zagraniczną animację i ją zdubbingować.
Polscy twórcy nie ścigają się jedynie ze sobą, ale z całym światem. Współczesne dzieci i nastolatki mają dostęp do platform streamingowych takich jak Netflix, Disney+, HBO Max czy YouTube. Budżet jednego odcinka amerykańskiego serialu dla młodzieży często przewyższa budżet całego sezonu polskiej produkcji.
Młody widz jest bardzo wymagający i przyzwyczajony do wysokiej jakości technicznej. Jeśli polski serial będzie wyglądał "biednie" na tle światowych hitów, młodzież po prostu go nie włączy. Rywalizacja z gigantami, którzy dysponują nieograniczonymi zasobami i globalnym zasięgiem, jest dla lokalnych producentów niezwykle trudna i ryzykowna.
W Polsce produkcja filmowa w dużej mierze opiera się na dotacjach z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej (PISF). Przez lata priorytety finansowania były skierowane głównie na kino artystyczne, historyczne i festiwalowe. Kino gatunkowe, w tym filmy dla dzieci i młodzieży, było traktowane nieco po macoszemu.
Choć w ostatnich latach sytuacja zaczęła się zmieniać i powstały specjalne priorytety dla produkcji familijnych, proces ten jest powolny. Brakuje również systemowego wsparcia dla seriali młodzieżowych, które w wielu krajach (np. w Skandynawii czy Niemczech) są traktowane jako ważny element misji edukacyjnej i kulturowej państwa.
Warto zauważyć, że rynek zaczyna dostrzegać potencjał w tej niszy. Nowa ekranizacja "Akademii Pana Kleksa" w reżyserii Macieja Kawulskiego przyciągnęła do kin miliony widzów, udowadniając, że polskie rodziny łakną rodzimego kina familijnego zrealizowanego z rozmachem. To sygnał dla inwestorów, że przy odpowiednim budżecie i marketingu, takie projekty mogą być sukcesem komercyjnym.
Pisanie dla dzieci i młodzieży to jedna z najtrudniejszych dyscyplin scenariopisarstwa. Wymaga ona nie tylko warsztatu, ale też doskonałego zrozumienia współczesnego języka młodych, ich problemów, lęków i poczucia humoru. W Polsce przez dekady brakowało szkoleń i ścieżek rozwoju dla twórców chcących specjalizować się w tym segmencie.
Często zdarza się, że dorośli twórcy próbują pisać "pod młodzież", co kończy się efektem sztuczności i tzw. "cringe’u". Młodzi widzowie błyskawicznie wyczuwają fałsz. Bez świeżych, autentycznych historii, które trafiają w sedno współczesnego dorastania, trudno o produkcję, która stałaby się hitem na miarę dawnych seriali młodzieżowych.
Nie można zapominać o tym, jak drastycznie zmienił się sposób, w jaki młodzi ludzie konsumują treści. Tradycyjna telewizja z jej sztywną ramówką dla nastolatków praktycznie nie istnieje. Młodzież wybiera krótkie formy na TikToku, streamy na Twitchu czy gaming na YouTube.
Produkcja klasycznego serialu, który ma 10 odcinków po 45 minut, jest dla tej grupy wiekowej formatem coraz mniej atrakcyjnym, chyba że jest to produkcja o statusie "wydarzenia" (jak np. "Stranger Things"). Polscy producenci muszą więc nie tylko walczyć o budżet, ale też wymyślić nową formułę docierania do widza, który nie siedzi już przed telewizorem o godzinie 19:00.
Mimo tych wszystkich barier, widać światełko w tunelu. Sukcesy filmów takich jak "Detektyw Bruno", "Tarapaty" czy wspomniany wcześniej "Pan Kleks" pokazują, że polskie kino dziecięce powoli się odradza. Platformy streamingowe, szukając lokalnych treści, również zaczynają nieśmiało spoglądać w stronę młodszej widowni. Kluczem do sukcesu wydaje się być połączenie odważnego finansowania, nowoczesnego podejścia do scenariusza i zrozumienia, że dzisiejsze dziecko to widz tak samo wymagający, jak ten dorosły.