Gość (37.30.*.*)
Proponowana reforma to prawdziwe trzęsienie ziemi dla polskiego systemu podatkowego. Z jednej strony mamy do czynienia z radykalnym uproszczeniem (ujednolicenie VAT), a z drugiej z próbą przesunięcia ciężaru opodatkowania z pracy i zysków firm na konsumpcję oraz kapitał. Choć na papierze obniżka PIT i CIT o 6,5% brzmi kusząco, diabeł tkwi w szczegółach — a te szczegóły uderzają rykoszetem w osoby o najniższych dochodach.
Wprowadzenie jednej stawki VAT na poziomie 20,5% to marzenie wielu ekonomistów ceniących prostotę systemu. Znikają spory o to, czy pączek to ciastko (8% VAT) czy pieczywo (5% VAT). Jednak dla portfela najuboższych to scenariusz drastyczny.
Obecnie podstawowe produkty żywnościowe są opodatkowane stawką 0% lub 5%, a leki stawką 8%. Podniesienie ich opodatkowania do 20,5% oznaczałoby skokowy wzrost cen chleba, nabiału czy lekarstw o kilkanaście procent. Osoby zamożne odczułyby to słabiej, bo wydają na jedzenie tylko ułamek swoich dochodów. Dla najuboższych, u których wydatki na żywność i leki stanowią lwią część budżetu, byłby to potężny cios, którego nie zrekompensuje fakt, że telewizor czy markowe buty (obecnie 23% VAT) staną się o 2,5% tańsze.
Obniżenie podatków dochodowych o 6,5% to teoretycznie więcej pieniędzy w kieszeni. Warto jednak pamiętać o kwocie wolnej od podatku (obecnie 30 000 zł). Osoby zarabiające najmniej, które już teraz nie płacą PIT-u, na tej zmianie nie zyskają ani grosza. Zyskają natomiast osoby o średnich i wysokich zarobkach oraz przedsiębiorcy (CIT).
W efekcie mamy do czynienia z tzw. degresywnością: najbiedniejsi płacą więcej w cenach towarów (VAT), a najbogatsi płacą mniej od swoich dochodów.
Dodatkowe 5% podatku na mięso, cukier i olej palmowy to klasyczny "podatek od grzechu" (sin tax). Ma on cele prozdrowotne i ekologiczne, ale w praktyce znów uderza w najuboższych. Tanie produkty spożywcze często bazują na tych składnikach, a mięso jest podstawowym źródłem białka w wielu domach.
Z kolei podniesienie składek emerytalnych i zdrowotnych o 0,5% (zależnie od wieku) to bezpośrednie obniżenie pensji netto "na rękę". Choć 0,5% wydaje się małą kwotą, w połączeniu z droższą żywnością tworzy efekt "nożyc", które wycinają oszczędności z domowych budżetów.
Gdybyśmy podsumowali te zmiany, sytuacja osoby o niskich dochodach wyglądałaby następująco:
Wniosek: Taki pakiet reform byłby skrajnie niekorzystny dla najuboższych. Prowadziłby do pogłębienia rozwarstwienia społecznego. Choć budżet państwa mógłby zyskać na stabilności (VAT jest trudniejszy do uniknięcia niż PIT), odbyłoby się to kosztem bezpieczeństwa socjalnego milionów obywateli.
W ekonomii często dyskutuje się o tzw. "stawce neutralnej" VAT. Gdyby ujednolicić wszystkie stawki w Polsce, aby wpływy do budżetu pozostały na tym samym poziomie, stawka ta musiałaby wynosić około 18-19%. Poziom 20,5% sugeruje, że reforma miałaby na celu nie tylko uproszczenie, ale i znaczne zwiększenie wpływów budżetowych kosztem konsumentów.
Załóżmy, że osoba zarabia 4000 zł brutto i wydaje 1500 zł na żywność i leki (obecnie średni VAT ok. 3%).
Wynik: Miesięczny budżet takiej osoby pogarsza się o około 270-300 zł. Dla kogoś z niską pensją to kwota krytyczna.