Gość (37.30.*.*)
Proponowany scenariusz to prawdziwa rewolucja fiskalna, która całkowicie przemodelowałaby polską gospodarkę. Zmiana systemu z progresywnego (gdzie bogatsi płacą relatywnie wyższe podatki dochodowe) w stronę systemu opartego na konsumpcji to odważny krok, który ma swoje jasne i ciemne strony. Aby zrozumieć, czy taki miks ma sens, musimy rozbić go na czynniki pierwsze i sprawdzić, co zostanie w portfelu statystycznego Kowalskiego, zwłaszcza tego zarabiającego najmniej.
Wprowadzenie jednolitej stawki VAT na poziomie 20,5% bez żadnych wyjątków to najbardziej kontrowersyjny element tej układanki. Obecnie na podstawowe produkty spożywcze (chleb, owoce, warzywa, nabiał) obowiązują stawki 0% lub 5%. Podniesienie ich do 20,5% oznaczałoby gwałtowny skok cen żywności – o około 15-20% niemal z dnia na dzień.
Dla osób najuboższych, które większość swoich dochodów wydają właśnie na jedzenie i opłaty (również opodatkowane VAT-em), jest to podatek skrajnie regresywny. Oznacza to, że uderza on w nich znacznie mocniej niż w osoby zamożne, które na konsumpcję przeznaczają tylko ułamek swoich zarobków, a resztę oszczędzają lub inwestują.
Dodatkowa stawka 5,5% na mięso, cukier i olej palmowy (prawdopodobnie w formie akcyzy lub podatku od sprzedaży) to rozwiązanie prozdrowotne i proekologiczne. W połączeniu z bazowym VAT-em 20,5%, produkty te zostałyby opodatkowane łącznie stawką 26%.
Z perspektywy budżetu państwa to świetny sposób na walkę z otyłością i chorobami cywilizacyjnymi. Jednak dla osób o najniższych dochodach, dla których tanie mięso czy produkty przetworzone z olejem palmowym są często podstawą diety ze względu na cenę, byłby to kolejny potężny wydatek.
Obniżenie podatków dochodowych to klasyczny impuls podażowy.
Dla osób najuboższych, które i tak korzystają z wysokiej kwoty wolnej od podatku (w Polsce obecnie 30 000 zł), obniżka stawki PIT ma znikome znaczenie, bo i tak płacą go niewiele lub wcale. Najwięcej zyskałaby tutaj klasa średnia i osoby zamożne. Zatem spadek podatku dochodowego nie zrekompensowałby najuboższym wzrostu cen w sklepach wywołanego nowym VAT-em.
To kluczowy mechanizm obronny w tym modelu. Jeśli inflacja wynosiłaby np. 5%, płaca minimalna musiałaby wzrosnąć o 12,5%.
Wprowadzenie składki celowej (do 45. roku życia na emeryturę, później na zdrowie) jest ciekawym rozwiązaniem demograficznym. 0,5% to relatywnie niewielkie obciążenie, które mogłoby realnie wspomóc system ochrony zdrowia w momencie, gdy obywatel statystycznie zaczyna częściej z niego korzystać. Z perspektywy najuboższych jest to jednak kolejny "grosz", który znika z pensji netto.
Przyjrzyjmy się uproszczonemu przykładowi. Załóżmy, że osoba zarabiająca płacę minimalną wydaje 1000 zł na produkty, które dziś są opodatkowane stawką 5% VAT (netto ok. 952 zł).
Wzrost kosztów życia w zakresie podstawowego koszyka zakupowego wyniósłby zatem ok. 17-20%. Aby najubożsi nie stracili, ich pensja netto musiałaby wzrosnąć o co najmniej tyle samo. Podwyżka płacy minimalnej o "inflację + 7,5%" mogłaby być niewystarczająca w pierwszym roku reformy, ponieważ sama reforma VAT-u jednorazowo wybiłaby inflację na bardzo wysoki poziom.
Większość państw stosuje stawki obniżone na żywność i leki właśnie po to, by chronić najuboższych. Jednolity VAT (tzw. flat tax na konsumpcję) jest uważany za najbardziej sprawiedliwy z punktu widzenia ekonomii teoretycznej (nie deformuje rynku), ale za najbardziej niesprawiedliwy społecznie.
Całościowo taki system byłby niekorzystny dla osób najuboższych w krótkim i średnim terminie. Choć podwyżka płacy minimalnej i obniżka PIT brzmią dobrze, to drastyczny wzrost cen żywności i usług (przez VAT 20,5%) uderzyłby w nich najbardziej.
Główne ryzyka:
Taki model miałby sens jedynie przy założeniu istnienia bardzo silnych programów osłonowych (np. bonów żywnościowych lub bezpośrednich dopłat do energii dla najbiedniejszych), które zrekompensowałyby im wzrost podatków pośrednich. Bez tego, reforma ta doprowadziłaby do pogłębienia rozwarstwienia społecznego, promując osoby zamożne kosztem tych, którzy żyją "od pierwszego do pierwszego".