Gość (37.30.*.*)
Stefan Witas to postać, która dla miłośników przedwojennego kina i piosenki jest symbolem elegancji, aksamitnego głosu i złotych lat polskiej estrady. Choć dziś jego nazwisko może nie budzić tak głośnych skojarzeń jak Eugeniusz Bodo czy Mieczysław Fogg, w latach 30. XX wieku był jedną z najjaśniejszych gwiazd Warszawy. Jego losy to fascynująca opowieść o wielkim sukcesie, wojennej traumie i cichym wycofaniu się w cień, które dla wielu fanów do dziś pozostaje zagadką.
Urodzony w 1908 roku w Warszawie, Stefan Witas od początku wydawał się stworzony do sceny. Dysponował pięknym, lirycznym tenorem, który idealnie wpisywał się w ówczesną modę na sentymentalne tanga i skoczne foxtroty. Karierę zaczynał w chórach, ale szybko został dostrzeżony przez łowców talentów. Prawdziwy przełom nastąpił, gdy zaczął nagrywać dla największych ówczesnych wytwórni, takich jak Syrena Record czy Odeon.
Witas stał się "królem mikrofonu". Jego głos płynął z tysięcy gramofonów w całej Polsce, a on sam występował w najbardziej prestiżowych teatrach rewiowych i kabaretach, w tym w legendarnym Morskim Oku czy Qui Pro Quo. Śpiewał przeboje, które znała cała ulica – od melancholijnych wyznań miłosnych po żartobliwe piosenki kabaretowe. Co ciekawe, Witas nie ograniczał się tylko do śpiewania; był również utalentowanym aktorem, co pozwalało mu na budowanie pełnych emocji interpretacji utworów.
Wybuch II wojny światowej brutalnie przerwał pasmo sukcesów artysty. Podobnie jak wielu jego kolegów po fachu, Witas musiał odnaleźć się w nowej, mrocznej rzeczywistości. W czasie okupacji występował w jawnych teatrach Warszawy (m.in. w teatrze "Maskotka"), co po wojnie bywało różnie oceniane, jednak warto pamiętać, że dla wielu artystów była to jedyna droga przetrwania i utrzymania kontaktu z polską kulturą.
Najważniejszym i najbardziej heroicznym momentem w jego biografii z tego okresu był udział w Powstaniu Warszawskim. Stefan Witas nie stał z boku – był żołnierzem Armii Krajowej (ps. "Stefan"). Co więcej, wykorzystywał swój talent, by podnosić na duchu walczących i cywilów. Występował na powstańczych koncertach, śpiewając w piwnicach i schroniskach, często przy akompaniamencie polowych instrumentów. Po upadku powstania trafił do niewoli niemieckiej, skąd wrócił do kraju po zakończeniu działań wojennych.
Często pojawia się pytanie: dlaczego artysta o takiej skali popularności nie stał się powojenną megagwiazdą na miarę Mieczysława Fogga? Przyczyn było kilka i nie wynikały one z braku talentu, lecz z splotu okoliczności politycznych i osobistych.
Po 1945 roku Polska drastycznie się zmieniła. Nowe władze komunistyczne promowały socrealizm i pieśni masowe. Przedwojenny sznyt, elegancja i sentymentalizm, które reprezentował Witas, były postrzegane jako "burżuazyjne przeżytki". Choć Mieczysław Fogg zdołał odnaleźć się w nowym systemie, budując status narodowego barda, Witas nie miał w sobie tyle determinacji do walki o miejsce na świeczniku w nowej rzeczywistości.
To nie tak, że Stefan Witas zupełnie przestał występować. Po wojnie związał się z Teatrem Nowym w Warszawie, a później przez wiele lat był solistą Operetki Warszawskiej. Występował także w audycjach Polskiego Radia (m.in. w popularnym "Podwieczorku przy mikrofonie"). Jednak jego działalność przeniosła się w sferę bardziej rzemieślniczą i teatralną. Przestał być "idolem tłumów", a stał się szanowanym aktorem charakterystycznym i śpiewakiem operetkowym.
Witas, w przeciwieństwie do wielu współczesnych celebrytów, nie zabiegał o rozgłos. Cenił sobie spokój. Z biegiem lat coraz rzadziej pojawiał się w mediach, wybierając życie z dala od błysków fleszy. Dla młodszego pokolenia, wychowanego na big-beacie i polskim rocku, był postacią z innej epoki, o której pamiętali głównie starsi warszawiacy.
Mało kto wie, że Stefan Witas dożył sędziwego wieku i był jednym z ostatnich żyjących świadków złotej ery polskiego kabaretu. Zmarł w 2006 roku w Warszawie, mając 98 lat! Do końca życia zachował pogodę ducha i klasę, która charakteryzowała przedwojennych dżentelmenów.
Choć po wojnie jego nazwisko nie pojawiało się na pierwszych stronach gazet tak często jak w latach 30., jego wkład w polską kulturę jest niezaprzeczalny. Dzięki zachowanym nagraniom Syrena Record, dziś możemy przenieść się w czasie i poczuć magię dawnej Warszawy, której Stefan Witas był jednym z najpiękniejszych głosów. Jeśli kiedykolwiek usłyszycie w radiu trzeszczące, ale pełne ciepła nagranie starego tanga, istnieje duża szansa, że to właśnie on śpiewa o miłości, która nigdy nie przemija.