Gość (37.30.*.*)
Śledź to bez wątpienia król polskich stołów, szczególnie podczas Wigilii czy rodzinnych uroczystości. Zazwyczaj jednak ląduje na naszych talerzach w formie zimnych zakąsek – w oleju, śmietanie lub occie. Choć w polskiej tradycji kulinarnej zupy rybne cieszą się dużą popularnością, rzadko kiedy bazują one na śledziu. Odpowiedź na pytanie, dlaczego nie gotuje się zupy śledziowej (a przynajmniej nie w taki sposób, jak zupy z karpia czy dorsza), kryje się w specyficznych właściwościach tej ryby, chemii żywności oraz naszej historii kulinarnej.
Głównym powodem, dla którego śledź rzadko trafia do garnka z wrzącą wodą, jest wysoka zawartość tłuszczu. Śledź należy do ryb tłustych, bogatych w kwasy Omega-3. O ile w formie surowej, marynowanej czy wędzonej ten tłuszcz jest nośnikiem smaku i zdrowia, o tyle podczas długiego gotowania ulega on procesom utleniania.
Wysoka temperatura sprawia, że tłuszcz śledziowy uwalnia bardzo intensywny, dla wielu osób wręcz nieprzyjemny, „tranowy” zapach. W przeciwieństwie do chudych ryb białych (jak dorsz, sandacz czy morszczuk), których wywar jest delikatny i szlachetny, wywar ze śledzia staje się mętny, ciężki i dominujący. Zapach gotowanego śledzia jest na tyle silny, że potrafi zdominować całe mieszkanie i skutecznie zniechęcić do jedzenia nawet największych smakoszy ryb.
Kolejnym aspektem jest struktura mięsa. Śledź ma delikatne, drobnowłókniste mięso. Podczas gotowania bardzo szybko się rozpada, tracąc swoją formę. W tradycyjnej zupie rybnej oczekujemy zazwyczaj zwartych kawałków ryby lub klarownego bulionu. Gotowany śledź zamienia się w mało apetyczną „papkę”, która nie prezentuje się dobrze na talerzu.
Warto również pamiętać, że większość śledzi dostępnych w sklepach to śledzie solone (płaty typu matias). Nawet po namoczeniu zachowują one specyficzną strukturę białka, która po zagotowaniu staje się gumowata lub przeciwnie – nadmiernie miękka. Świeży śledź (tzw. zielony) nadaje się do smażenia czy pieczenia, ale w zupie wciąż boryka się z problemem uwalniania intensywnego tłuszczu.
Choć klasyczna, gorąca zupa śledziowa to rzadkość, kuchnia regionalna zna wyjątki. W niektórych częściach Polski, zwłaszcza na Kujawach, Pomorzu czy w Wielkopolsce, przygotowuje się tzw. śledziówkę. Nie jest to jednak zupa gotowana w tradycyjnym sensie.
Śledziówka to zazwyczaj rodzaj chłodnika lub zupy podawanej na zimno. Składa się z pokrojonych w kostkę solonych śledzi, gęstej śmietany, cebuli oraz ugotowanych, ostudzonych ziemniaków (często podawanych osobno jako „pyry z gzikiem” w wersji rybnej). Całość doprawia się octem, cukrem i pieprzem. W tym wydaniu śledź nie traci swoich walorów, ponieważ nie jest poddawany działaniu wysokiej temperatury, która niszczy jego delikatny profil smakowy.
Warto wiedzieć, że cenne kwasy tłuszczowe Omega-3, którymi szczyci się śledź, są bardzo wrażliwe na temperaturę. Podczas długiego gotowania ich prozdrowotne właściwości ulegają degradacji. Dlatego z dietetycznego punktu widzenia, jedzenie śledzi na zimno (marynowanych) lub krótko smażonych jest znacznie korzystniejsze dla naszego organizmu niż próby przyrządzania z nich wywarów.
Historycznie śledź był w Polsce rybą tanią i powszechnie dostępną w formie solonej. Przechowywano go w beczkach, co pozwalało na spożywanie go przez cały rok, zwłaszcza w okresach postu. Ponieważ był już zakonserwowany solą, naturalnym sposobem przygotowania było jego moczenie i podawanie na surowo z dodatkami. Gotowanie „solonego śledzia” mijało się z celem, gdyż ryba ta najlepiej smakowała w swojej naturalnej, lekko kwasowej lub słonej oprawie, która idealnie komponowała się z polskim chlebem i ziemniakami.
Podsumowując, brak zupy śledziowej w naszym codziennym menu to wynik połączenia fizyki (rozpadanie się mięsa), chemii (utlenianie tłuszczów i zapach tranu) oraz wielowiekowej tradycji kulinarnej, która nauczyła nas, że śledź najlepiej smakuje tam, gdzie towarzyszy mu cebulka, śmietana i niska temperatura.