Gość (37.30.*.*)
Jugosławia pod rządami Josipa Broza Tito była krajem wyjątkowym na mapie bloku wschodniego. Podczas gdy w Polsce, Czechosłowacji czy ZSRR panował sztywny centralizm, a o wszystkim decydowała partia w stolicy, Jugosłowianie postawili na coś zupełnie innego – samorządy robotnicze. Był to fundament tzw. jugosłowiańskiej drogi do socjalizmu, która miała być bardziej ludzka, efektywna i wolna od biurokracji Stalina.
Wszystko zaczęło się od wielkiego „nie” wypowiedzianego Stalinowi w 1948 roku. Po zerwaniu relacji z ZSRR, Jugosławia znalazła się w izolacji. Tito i jego najbliżsi współpracownicy, tacy jak Edvard Kardelj czy Milovan Đilas, musieli wymyślić system, który odróżni ich od radzieckiego modelu, a jednocześnie pozostanie socjalistyczny.
Doszli do wniosku, że radziecki „socjalizm państwowy” to tak naprawdę kapitalizm państwowy, gdzie miejsce fabrykanta zajął urzędnik. Postanowili więc oddać fabryki w ręce tych, którzy w nich pracują. W 1950 roku przyjęto historyczną ustawę o zarządzaniu przedsiębiorstwami państwowymi przez kolektywy pracownicze. Hasło „Fabryki robotnikom!” przestało być tylko pustym sloganem, a stało się rzeczywistością prawną.
Wyobraźmy sobie dużą fabrykę mebli w Zagrzebiu czy Belgradzie w latach 60. XX wieku. W przeciwieństwie do fabryki w PRL, tutaj najważniejszym organem nie był dyrektor mianowany z klucza partyjnego (choć partia nadal miała swoje wpływy), ale Rada Robotnicza (Radnički savet).
Członkowie rady byli wybierani przez całą załogę w tajnym głosowaniu. To oni decydowali o tym, co fabryka będzie produkować, jakie będą ceny towarów, od kogo kupią surowce i – co najważniejsze – jak podzielić wypracowany zysk. Jeśli fabryka zarobiła dużo pieniędzy, rada mogła zdecydować o podwyżkach dla wszystkich, budowie mieszkań zakładowych albo zakupie nowych maszyn.
Dyrektor oczywiście istniał, ale jego rola była inna niż na Zachodzie czy w ZSRR. Był on raczej menedżerem wykonawczym, który musiał liczyć się z głosem pracowników. Jeśli rada uznała, że dyrektor jest nieudolny, mogła dążyć do jego odwołania.
To subtelna, ale kluczowa różnica. W Jugosławii fabryki nie należały do państwa, ale do „społeczeństwa”. Pracownicy byli ich czasowymi zarządcami. Nie mogli sprzedać fabryki i podzielić się pieniędzmi, ale mieli pełne prawo do zarządzania jej owocami. To dawało ludziom ogromne poczucie sprawstwa i sprawiało, że czuli się gospodarzami w swoim miejscu pracy.
Przez pewien czas system ten działał nadzwyczaj dobrze. W latach 50. i 60. Jugosławia notowała jeden z najwyższych wzrostów gospodarczych na świecie. Sklepy były pełne towarów, których zazdrościli im sąsiedzi zza żelaznej kurtyny. Dzięki samorządom robotniczym:
Niestety, model samorządowy nie był wolny od wad, które z czasem zaczęły go dobijać. Jednym z głównych problemów był tzw. partykularyzm. Rady robotnicze często wolały przeznaczyć cały zysk na natychmiastowe podwyżki płac, zamiast inwestować w nowoczesne technologie. Prowadziło to do przejadania kapitału i ogromnej inflacji.
Kolejnym problemem było bezrobocie i nierówności między republikami. Bogata Słowenia i Chorwacja radziły sobie świetnie, podczas gdy Kosowo czy Macedonia tonęły w długach. Ponieważ każda fabryka była „samorządna”, brakowało centralnej koordynacji, co w dobie kryzysu paliwowego w latach 70. doprowadziło do gigantycznego zadłużenia państwa.
Samorządy robotnicze w Jugosławii pozostają jednym z najciekawszych eksperymentów społeczno-gospodarczych XX wieku. Choć ostatecznie system nie przetrwał próby czasu i globalnych zmian ekonomicznych, dla wielu mieszkańców dawnej Jugosławii okres ten wciąż kojarzy się z czasem największego dobrobytu i poczucia godności pracowniczej.