Gość (37.30.*.*)
Kiedy myślimy o erupcji superwulkanu, przed oczami stają nam zazwyczaj obrazy gigantycznych chmur popiołu, rzek lawy i globalnego ochłodzenia. Rzadziej zastanawiamy się nad tym, co dzieje się z samym powietrzem, którym oddychamy, a konkretnie z jego ciśnieniem. Wokół tego tematu narosło sporo teorii – jedni twierdzą, że ogromna masa wyrzucanych gazów „zgęstnia” atmosferę, inni, że potworna temperatura wręcz ją rozrzedza. Jak jest naprawdę? Odpowiedź nie jest czarno-biała, ponieważ zależy od tego, o jakim momencie erupcji mówimy i w jakiej odległości od krateru się znajdujemy.
Jeśli przez „wzrost ciśnienia” rozumiemy moment samej eksplozji, to twierdzenie to jest w stu procentach prawdziwe. Erupcja superwulkanu to w rzeczywistości gigantyczna eksplozja materiałów piroklastycznych i gazów pod ogromnym ciśnieniem. W momencie przebicia się przez czapę skalną, uwalniana jest energia, która generuje potężną falę uderzeniową.
Fala ta jest niczym innym jak gwałtownym, skokowym wzrostem ciśnienia atmosferycznego, który rozchodzi się od centrum wybuchu. W przypadku mniejszych (choć wciąż potężnych) erupcji, jak ta wulkanu Hunga Tonga w 2022 roku, fala ciśnienia była tak silna, że okrążyła Ziemię kilkukrotnie i była rejestrowana przez barometry na całym świecie. Przy superwulkanie (takim jak Yellowstone czy Toba) mówimy o skali tysiące razy większej. W bliskiej odległości od epicentrum taki skok ciśnienia jest niszczycielski – potrafi dosłownie zmiażdżyć budynki i płuca istot żywych, zanim jeszcze dotrze do nich popiół czy fala gorąca.
Drugim argumentem za wzrostem ciśnienia jest masa substancji wprowadzanych do atmosfery. Superwulkany podczas jednej erupcji wyrzucają tysiące kilometrów sześciennych materiału, w tym ogromne ilości pary wodnej, dwutlenku węgla i dwutlenku siarki.
Z fizycznego punktu widzenia, ciśnienie atmosferyczne to po prostu ciężar słupa powietrza nad naszą głową. Jeśli wulkan „wpompuje” do tego słupa miliardy ton dodatkowych gazów, masa atmosfery lokalnie (a w mniejszym stopniu globalnie) wzrośnie. Można by więc przypuszczać, że barometry wskażą wyższe wartości. Tu jednak pojawia się haczyk, który sprawia, że teoria o trwałym i zauważalnym wzroście ciśnienia zaczyna przypominać mit.
W bliskiej okolicy erupcji kluczowym czynnikiem nie jest masa gazów, lecz ich temperatura. Superwulkan to gigantyczne źródło ciepła. Gorące gazy i popiół pędzą ku górze z ogromną prędkością, tworząc tzw. kolumnę erupcyjną, która może sięgać stratosfery.
Zgodnie z prawami termodynamiki, gorące powietrze jest rzadsze i lżejsze. Gwałtowne unoszenie się mas powietrza nad wulkanem tworzy lokalny ośrodek niskiego ciśnienia – działa to trochę jak gigantyczny odkurzacz lub komin. To właśnie ten spadek ciśnienia u podstawy kolumny erupcyjnej powoduje, że do wulkanu zassane zostają masy chłodniejszego powietrza z okolicy, co często prowadzi do powstawania lokalnych burz i huraganowych wiatrów skierowanych w stronę krateru.
Często pojawia się pytanie, czy po zakończeniu aktywnej fazy wybuchu, gdy gazy już się rozprzestrzenią, ciśnienie na stałe wzrośnie. Tutaj nauka mówi: raczej nie.
Podczas erupcji wulkanu Krakatau w 1883 roku (który nie był nawet superwulkanem, a „tylko” bardzo dużym wulkanem), fala ciśnienia była tak potężna, że w odległości 160 kilometrów od wyspy pękały bębenki w uszach marynarzy. Co więcej, barografy w Londynie (oddalonym o tysiące kilometrów) zarejestrowały skok ciśnienia dokładnie w momencie, gdy dotarła tam fala uderzeniowa. To pokazuje, że choć stały wzrost ciśnienia to raczej mit, to chwilowy, impulsowy skok jest jak najbardziej realnym i przerażającym faktem.
Twierdzenie o wzroście ciśnienia atmosferycznego po wybuchu superwulkanu zawiera w sobie ziarno prawdy, ale w powszechnym rozumieniu jest raczej mitem.
Zjawiska te są niezwykle dynamiczne i zależą od skomplikowanych interakcji między fizyką eksplozji a meteorologią. Jedno jest pewne: jeśli kiedykolwiek dojdzie do erupcji superwulkanu, zmiana ciśnienia na barometrze będzie naszym najmniejszym zmartwieniem.