Gość (37.30.*.*)
Debata nad wprowadzeniem globalnego minimalnego podatku od korporacji (często nazywanego Filarem Drugim reformy OECD) to jeden z najważniejszych tematów w świecie współczesnych finansów i polityki. Rzeczywiście, u podstaw poparcia dla tego rozwiązania leży silne przekonanie, że obecny system podatkowy przestał przystawać do realiów cyfrowej gospodarki. Głównym celem jest tutaj ukrócenie zjawiska, które ekonomiści nazywają „wyścigiem na dno” (race to the bottom), oraz ograniczenie sztucznego transferowania zysków do rajów podatkowych.
Przez ostatnie dekady państwa na całym świecie rywalizowały ze sobą, obniżając stawki CIT (podatku dochodowego od osób prawnych), aby przyciągnąć zagraniczne inwestycje i wielkie korporacje. Logika była prosta: niższy podatek to większa szansa, że gigant technologiczny czy paliwowy otworzy u nas swoje biuro. Problem polega na tym, że gdy wszyscy obniżają podatki, wpływy do budżetów państw maleją, a korporacje i tak szukają jeszcze tańszych rozwiązań.
Wprowadzenie globalnej stawki minimalnej na poziomie 15% ma na celu ustalenie „podłogi”. Jeśli wszystkie kraje zgodzą się na ten standard, znika główny argument za przenoszeniem siedziby firmy tylko ze względów podatkowych. Zwolennicy tego rozwiązania wierzą, że dzięki temu konkurencja między państwami przeniesie się na inne pola – takie jak jakość infrastruktury, dostęp do wykwalifikowanych pracowników czy stabilność prawa, zamiast opierać się wyłącznie na „dumpingu podatkowym”.
Warto rozróżnić dwie kwestie: fizyczne przenoszenie fabryk czy biur oraz tzw. transfer zysków. Globalny podatek minimalny uderza przede wszystkim w to drugie. Obecnie wiele korporacji stosuje skomplikowane schematy księgowe, dzięki którym zyski wypracowane np. w Polsce czy we Francji trafiają do spółek-córek w krajach o niemal zerowym opodatkowaniu.
Dzięki nowym przepisom, jeśli firma zapłaci w raju podatkowym tylko 3% podatku, kraj, w którym znajduje się jej główna siedziba, będzie miał prawo „doładować” ten podatek do poziomu 15%. To sprawia, że unikanie opodatkowania staje się po prostu nieopłacalne. Czy to powstrzyma firmy przed przenoszeniem realnej działalności? W dużej mierze tak, ponieważ różnice w obciążeniach fiskalnych przestaną być tak drastyczne, by uzasadniać kosztowną logistycznie relokację.
Choć globalny podatek minimalny ma wyeliminować najbardziej agresywne formy konkurencji, nie oznacza to całkowitego końca rywalizacji między państwami. Kraje nadal będą mogły oferować różnego rodzaju ulgi na badania i rozwój (R&D) czy inwestycje w zieloną energię, które są dopuszczalne w ramach nowych przepisów.
Przekonanie, że wspólny standard uzdrowi finanse publiczne, wynika z wyliczeń OECD, według których globalne wpływy z CIT mogą wzrosnąć o miliardy dolarów rocznie. Te środki są państwom niezbędne, szczególnie w obliczu rosnących wydatków na transformację energetyczną czy systemy ochrony zdrowia.
Wbrew pozorom, globalny podatek minimalny nie uderzy w małe i średnie firmy. Reforma jest wycelowana w największych graczy – grupy kapitałowe, których roczne przychody przekraczają 750 milionów euro. Szacuje się, że na świecie jest około 8 000 takich grup, ale to właśnie one odpowiadają za lwią część globalnego obrotu i, co za tym idzie, największe możliwości optymalizacji podatkowej.
Mimo szerokiego poparcia (ponad 140 krajów dołączyło do porozumienia), proces wdrażania tych przepisów jest skomplikowany. Niektórzy ekonomiści wskazują, że kraje rozwijające się mogą stracić jedno ze swoich głównych narzędzi przyciągania kapitału, jakim były właśnie niskie podatki. Istnieje również obawa, że korporacje znajdą nowe, jeszcze bardziej kreatywne sposoby na omijanie danin, choć mechanizm „top-up tax” (podatku wyrównawczego) jest zaprojektowany tak, by maksymalnie to utrudnić.
Podsumowując, poparcie dla globalnego minimalnego podatku faktycznie opiera się na wierze w sprawiedliwość fiskalną i potrzebę stabilizacji światowej gospodarki. Ma to być koniec ery, w której państwa licytowały się o to, kto weźmie od najbogatszych firm mniej pieniędzy, na rzecz systemu, w którym każdy płaci sprawiedliwą część tam, gdzie faktycznie zarabia.