Gość (37.30.*.*)
Debata publiczna dotycząca rynku pracy to fascynujące pole starć ideologicznych, w którym ekonomiczna rzeczywistość często ustępuje miejsca narracjom politycznym. Rzeczywiście, patrząc na sprawę czysto technicznie, umowa o pracę czy umowa cywilnoprawna to transakcja handlowa: pracownik sprzedaje swój czas, umiejętności i energię, a pracodawca je kupuje za określoną cenę (wynagrodzenie). Dlaczego więc w mediach i polityce rzadko słyszymy o „zakupie usług pracy”, a znacznie częściej o „sprawiedliwym podziale owoców pracy”? Odpowiedź na to pytanie jest wielowarstwowa i dotyka zarówno psychologii, jak i strategii politycznej.
Jednym z głównych powodów, dla których pomija się rynkowy charakter pracy, jest fakt, że praca ludzka nie jest postrzegana jako „zwykły” towar, taki jak stal czy pszenica. Od czasów rewolucji przemysłowej i powstania nowoczesnego prawa pracy, dąży się do oddzielenia wykonawcy od samej usługi. Uznanie pracy za czysty towar mogłoby prowadzić do wniosków, które dla wielu są trudne do zaakceptowania społecznie – na przykład, że cena pracy powinna zależeć wyłącznie od popytu i podaży, bez względu na koszty życia pracownika.
Skupienie się na podziale zysków zamiast na rynkowej transakcji pozwala na budowanie narracji opartej na poczuciu wspólnoty lub, wręcz przeciwnie, konfliktu klasowego. Gdybyśmy uznali, że pracownik po prostu sprzedał swój czas za umówioną kwotę, temat „nadmiarowych zysków” firmy przestałby być narzędziem politycznym. Tymczasem emocje sprzedają się w mediach znacznie lepiej niż sucha analiza kosztów krańcowych.
W debacie publicznej często zapomina się o fundamentalnej różnicy między rolą właściciela a rolą pracownika: o rozkładzie ryzyka. Przedsiębiorca ryzykuje własnym kapitałem, majątkiem, a często także zdrowiem i reputacją. Jeśli firma poniesie stratę, pracownik (w ramach umowy o pracę) nadal musi otrzymać wynagrodzenie za wykonane zadania. Właściciel natomiast nie tylko nie zarabia, ale może zostać z długami.
Ignorowanie tego faktu pozwala na uproszczenie przekazu: „Firma zarabia miliony, więc powinna oddać więcej pracownikom”. Pomija się przy tym fakt, że te „miliony” są premią za podjęte ryzyko, którego pracownik – wybierając bezpieczny etat – świadomie unika. Przesunięcie ciężaru dyskusji na podział zysków sugeruje, że sukces firmy jest wspólnym zwycięstwem, ale porażka pozostaje już tylko problemem właściciela. Taka asymetria jest wygodna politycznie, ponieważ trafia do największej grupy wyborców – pracowników najemnych.
Czy takie kształtowanie dyskusji to celowa strategia? Wiele wskazuje na to, że polaryzacja społeczeństwa na „wyzyskiwanych pracowników” i „chciwych prywaciarzy” służy budowaniu kapitału politycznego. Mechanizm „dziel i rządź” pozwala odciągnąć uwagę od systemowych problemów, takich jak wysokie kliny podatkowe, skomplikowane prawo czy nieefektywność usług publicznych.
Zamiast dyskutować o tym, jak ułatwić handel pracą, by obie strony były zadowolone, politycy często stawiają się w roli „rozjemców” lub „obrońców uciśnionych”. Kreowanie konfliktu na linii pracodawca-pracownik sprawia, że obie grupy szukają ratunku u państwa, co z kolei legitymizuje wprowadzanie kolejnych regulacji i danin. W efekcie, zamiast partnerskiej relacji rynkowej, otrzymujemy trójstronny układ, w którym państwo pełni rolę głównego arbitra, czerpiąc z tego wymierne korzyści.
Choć dziś brzmi ono naturalnie, termin „kapitał ludzki” spopularyzowany przez noblistę Gary'ego Beckera w latach 60. XX wieku, miał właśnie na celu pokazanie, że pracownik jest inwestorem. Inwestuje on w swoją edukację i umiejętności, aby móc je później drożej „sprzedać” na rynku. To podejście najbardziej zbliża się do rynkowego postrzegania pracy, o którym wspominasz, jednak w mainstreamowej debacie wciąż przegrywa z narracją o „walce o podział tortu”.
Warto też zauważyć, że prawo pracy w wielu krajach (w tym w Polsce) jest skonstruowane tak, aby celowo zacierać rynkowy charakter relacji. Umowa o pracę charakteryzuje się tzw. podporządkowaniem pracowniczym, co odróżnia ją od typowej relacji B2B (business-to-business). To specyficzne ujęcie prawne sprawia, że praca przestaje być postrzegana jako czysta wymiana usług, a zaczyna być traktowana jako relacja opiekuńczo-zależna.
To właśnie ta prawna „specyfika” daje paliwo do dyskusji o zyskach. Skoro pracodawca ma prawo wydawać polecenia i organizować czas pracownika, to w opinii publicznej rodzi się oczekiwanie, że w zamian powinien on ponosić odpowiedzialność za dobrobyt pracownika wykraczający poza ramy samej wypłaty.
Podsumowując, pomijanie rynkowego aspektu zakupu pracy wynika z mieszanki sentymentów społecznych, konstrukcji prawnej oraz wyrachowania politycznego. Skupienie się na zyskach jest prostsze, bardziej nośne emocjonalnie i pozwala na łatwiejsze zarządzanie nastrojami społecznymi niż rzetelna edukacja ekonomiczna o ryzyku, kapitale i mechanizmach rynkowych.