Gość (37.30.*.*)
„Fight Club”, znany w Polsce również pod tytułem „Podziemny krąg”, to jeden z tych filmów, które po premierze w 1999 roku wywołały prawdziwe trzęsienie ziemi w świecie kina. Reżyser David Fincher, opierając się na genialnej powieści Chucka Palahniuka, stworzył dzieło, które z czasem zyskało miano kultowego. Choć na pierwszy rzut oka może wydawać się opowieścią o facetach, którzy okładają się pięściami w piwnicach, w rzeczywistości jest to wielowarstwowa satyra na współczesne społeczeństwo, konsumpcjonizm i kryzys męskości.
Głównym bohaterem, a zarazem narratorem opowieści (w tej roli świetny Edward Norton), jest przeciętny urzędnik cierpiący na chroniczną bezsenność. Jego życie to pasmo nudy, wypełnione kupowaniem mebli z katalogów IKEA i lataniem w delegacje. Wszystko zmienia się, gdy na jego drodze staje Tyler Durden (Brad Pitt) – charyzmatyczny sprzedawca mydła o anarchistycznych poglądach, który wierzy, że tylko poprzez autodestrukcję można osiągnąć prawdziwą wolność.
Panowie wspólnie zakładają „Fight Club” – tajne stowarzyszenie, w którym mężczyźni z różnych sfer społecznych spotykają się, by walczyć na gołe pięści. Szybko jednak okazuje się, że klub to tylko wierzchołek góry lodowej, a Tyler ma znacznie bardziej radykalne plany wobec otaczającego ich świata.
Każdy, kto choć raz słyszał o tym filmie, kojarzy słynne zasady Fight Clubu. Pierwsza i druga brzmią identycznie: „Nie rozmawiamy o Fight Clubie”. To genialny zabieg marketingowy wewnątrz fabuły, który sprawił, że o filmie mówi się do dziś. Walki nie służą tu jednak gloryfikacji przemocy. Mają być formą terapii, sposobem na zrzucenie maski narzuconej przez korporacyjny ład i poczucie, że pod warstwą garnituru i kredytów hipotecznych wciąż tętni życie.
Z czasem Fight Club ewoluuje w „Project Mayhem” (Projekt Chaos). To moment, w którym film skręca w stronę thrillera psychologicznego i politycznego manifestu. Tyler Durden staje się liderem sekty, która chce zniszczyć system finansowy i przywrócić świat do stanu pierwotnego.
Sukces tego filmu nie opiera się wyłącznie na kontrowersyjnej tematyce. To przede wszystkim majstersztyk realizatorski. David Fincher zastosował nowatorskie techniki montażu, mroczną, niemal brudną kolorystykę i genialną ścieżkę dźwiękową autorstwa The Dust Brothers.
Kolejnym filarem są kreacje aktorskie. Brad Pitt jako Tyler Durden stworzył jedną z najbardziej ikonicznych postaci w historii kina – jest magnetyczny, niebezpieczny i przerażająco przekonujący. Edward Norton z kolei perfekcyjnie oddaje frustrację i zagubienie „zwykłego człowieka”. Nie można też zapomnieć o Helenie Bonham Carter, której postać Marli Singer dodaje całości surrealistycznego, mrocznego uroku.
Zdecydowanie tak. Mimo że od premiery minęło ponad 20 lat, przesłanie „Fight Clubu” jest dziś może nawet bardziej aktualne niż w latach 90. W dobie mediów społecznościowych, wszechobecnego marketingu i pogoni za statusem, pytania o to, kim jesteśmy bez naszych przedmiotów, wybrzmiewają wyjątkowo mocno.
Warto go obejrzeć przynajmniej z trzech powodów:
Jeśli zdecydujesz się na seans, zwróć uwagę na detale, bo Fincher uwielbia ukryte smaczki:
„Fight Club” to film, który po napisach końcowych zostawia widza z mnóstwem pytań i potrzebą natychmiastowego obejrzenia go po raz drugi, by dostrzec wszystkie wskazówki, które przegapiło się za pierwszym razem. To pozycja obowiązkowa dla każdego fana kina, który szuka czegoś więcej niż tylko prostej rozrywki.