Gość (37.30.*.*)
Pytanie o to, czy nasza planeta wciąż „produkuje” surowce, którymi tak chętnie handlujemy na giełdach, jest niezwykle intrygujące. Krótka odpowiedź brzmi: tak, to prawda. Ziemia to gigantyczne, żywe laboratorium chemiczne, które nigdy nie robi sobie przerwy. Jednak diabeł tkwi w szczegółach, a konkretnie w skali czasu, która dla nas – ludzi żyjących kilkadziesiąt lat – jest wręcz niewyobrażalna.
Węgiel, ropa naftowa i gaz ziemny nie wzięły się znikąd. To w uproszczeniu „zakonserwowana” energia słoneczna sprzed milionów lat. Proces ich powstawania trwa nieprzerwanie, dopóki na Ziemi istnieje życie i procesy tektoniczne.
W przypadku ropy i gazu, proces zaczyna się na dnach mórz i oceanów. Martwy plankton i inne mikroorganizmy opadają na dno, gdzie mieszają się z mułem. Jeśli nie ma tam tlenu, materia organiczna nie gnije, lecz zamienia się w sapropel. Przykrywany kolejnymi warstwami osadów, taki materiał trafia coraz głębiej, gdzie pod wpływem ogromnego ciśnienia i temperatury (tzw. okno ropne) zachodzą reakcje chemiczne przekształcające go w węglowodory.
Węgiel z kolei powstaje głównie na lądzie, w bagnistych rejonach, gdzie obumarłe rośliny tworzą torf. Gdy taki torf zostanie przykryty osadami i „ugotowany” przez miliony lat pod ziemią, zamienia się kolejno w węgiel brunatny, a potem kamienny.
Czy dzieje się to teraz? Oczywiście. W deltach wielkich rzek, takich jak Amazonka czy Mississippi, oraz w głębiach oceanicznych właśnie teraz gromadzi się materiał, który za 50 milionów lat mógłby stać się nowym złożem ropy. Problem polega na tym, że w skali dekady przyrost takich zasobów jest praktycznie zerowy. To tak, jakbyśmy próbowali napełnić basen olimpijski, wpuszczając do niego jedną kroplę wody co sto lat.
W przypadku złota sprawa wygląda nieco inaczej, ponieważ złoto jest pierwiastkiem chemicznym. Oznacza to, że Ziemia go nie „produkuje” w sensie atomowym – całe złoto, jakie mamy, powstało miliardy lat temu w wyniku kolizji gwiazd neutronowych lub wybuchów supernowych i trafiło na naszą planetę podczas jej formowania.
Jednak to, co faktycznie się dzieje, to formowanie się złóż. Złoto rozproszone w skorupie ziemskiej jest transportowane przez gorące roztwory hydrotermalne (gorącą wodę z minerałami krążącą w szczelinach skalnych). Gdy taka woda ostygnie lub zmieni się jej ciśnienie, złoto osadza się w żyłach kwarcowych.
Ten proces również trwa nieprzerwanie. W okolicach gejzerów, kominów hydrotermalnych na dnie oceanów czy w rejonach aktywnych wulkanicznie, drobinki złota wciąż się przemieszczają i koncentrują. Jednak, podobnie jak w przypadku paliw kopalnych, proces tworzenia żyły złota, którą opłacałoby się wydobywać, trwa tysiące, a częściej miliony lat.
Głównym powodem, dla którego nowe złoża wydają się nie istnieć w ludzkiej skali czasu, jest dysproporcja między tempem formowania a tempem wydobycia.
Z tego powodu surowce te nazywamy nieodnawialnymi. Choć technicznie rzecz biorąc, proces ich powstawania jest ciągły, to z perspektywy ekonomicznej i cywilizacyjnej zasoby te po prostu się kończą. W ciągu dekady zmiany w ilości dostępnych złóż wynikające z procesów naturalnych są tak mikroskopijne, że nie da się ich zmierzyć żadną aparaturą górniczą.
Warto wspomnieć o kontrowersyjnej teorii (popularnej głównie w dawnej szkole radzieckiej), która zakłada, że ropa naftowa nie powstaje z materii organicznej, lecz z metanu uwięzionego głęboko w płaszczu Ziemi od czasu jej powstania. Według tej hipotezy złoża mogłyby się odnawiać znacznie szybciej, „podsiąkając” z głębin. Choć współczesna nauka w większości odrzuca tę teorię na rzecz pochodzenia organicznego, wciąż jest ona przedmiotem dyskusji w niektórych kręgach naukowych.
Jeśli przyjrzymy się procesowi powstawania ropy naftowej jako procesowi chemicznemu, wygląda on następująco:
Każdy z tych kroków trwa od setek tysięcy do milionów lat. Zatem, choć Ziemia w tej chwili „gotuje” nową porcję paliw, my jako gatunek prawdopodobnie nie doczekamy momentu, w którym te nowe zasoby staną się dla nas dostępne. Nasza planeta działa w trybie slow motion, podczas gdy my żyjemy w trybie fast forward.