Gość (37.30.*.*)
Historia wczesnego chrześcijaństwa to fascynujący labirynt idei, sporów i politycznych przetasowań. Choć dziś kojarzymy tę religię z jedną, główną doktryną, w pierwszych wiekach naszej ery sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Obok nurtu, który dziś nazywamy ortodoksyjnym, prężnie rozwijało się chrześcijaństwo gnostyckie. Dlaczego więc ta mistyczna i tajemnicza gałąź wiary niemal całkowicie wyparowała z kart historii, a my w naszych Bibliach znajdujemy tylko cztery, konkretne ewangelie?
Gnostycyzm nie był jedną, spójną organizacją, lecz raczej zbiorem różnorodnych grup, które łączyło przekonanie, że zbawienie osiąga się poprzez gnosis – czyli tajemną, wewnętrzną wiedzę o naturze Boga i człowieka. Istnieje kilka kluczowych powodów, dla których ten nurt przegrał rywalizację z rodzącym się Kościołem powszechnym.
Po pierwsze, gnostycyzm był z natury elitarny. Gnostycy wierzyli, że tylko nieliczni, „duchowi” ludzie (pneumatycy), są zdolni do pojęcia prawdy. W przeciwieństwie do nich, nurt ortodoksyjny stawiał na inkluzywność – chrześcijaństwo miało być dla każdego: biednego, bogatego, wykształconego i analfabety. Ta masowość dała Kościołowi instytucjonalnemu ogromną przewagę demograficzną i społeczną.
Po drugie, gnostycyzmowi brakowało struktury. Podczas gdy biskupi tacy jak Ignacy Antiocheński budowali hierarchię i kładli nacisk na jedność nauczania, grupy gnostyckie były rozproszone i często skłócone co do interpretacji tekstów. Brak centralnego ośrodka władzy sprawił, że w obliczu prześladowań rzymskich, a później nacisków ze strony rosnącego w siłę Kościoła państwowego, gnostycy nie mieli szans na przetrwanie jako zorganizowana wspólnota.
Warto też wspomnieć o „czarnym PR-ze”. Wcześni ojcowie Kościoła, tacy jak Ireneusz z Lyonu czy Tertulian, poświęcili mnóstwo energii na zwalczanie gnostycyzmu, nazywając go niebezpieczną herezją. Ich pisma przetrwały wieki, kształtując negatywny obraz gnostyków, podczas gdy oryginalne teksty tych drugich zostały zniszczone lub ukryte (jak te odnalezione w 1945 roku w Nag Hammadi).
Wiele osób wierzy w mit, spopularyzowany m.in. przez „Kod Leonarda da Vinci”, że ewangelie wybrano podczas jednego głosowania na soborze w Nicei w 325 roku. Prawda jest jednak znacznie bardziej złożona i rozciągnięta w czasie. Proces formowania się kanonu trwał kilkaset lat i opierał się na trzech głównych kryteriach.
Kluczową postacią w procesie selekcji był wspomniany już Ireneusz z Lyonu. Około 180 roku n.e. argumentował on, że muszą istnieć dokładnie cztery ewangelie, tak jak istnieją cztery strony świata i cztery główne wiatry. To on jako pierwszy tak stanowczo wskazał na Mateusza, Marka, Łukasza i Jana jako jedyne autentyczne źródła.
Ostateczne listy kanoniczne, które znamy dzisiaj, zaczęły pojawiać się w IV wieku. W 367 roku Atanazy z Aleksandrii w swoim liście paschalnym wymienił 27 ksiąg Nowego Testamentu (w tym cztery ewangelie), które do dziś stanowią standard. Decyzje te zostały później potwierdzone na lokalnych synodach w Hipponie (393 r.) i Kartaginie (397 r.).
Choć ewangelie gnostyckie (takie jak Ewangelia Tomasza, Filipa czy Marii Magdaleny) zostały wykluczone z oficjalnego obiegu, nie zniknęły całkowicie z ludzkiej pamięci. Odkrycie biblioteki z Nag Hammadi w Egipcie pozwoliło nam po niemal dwóch tysiącach lat przeczytać te teksty na nowo. Pokazują one zupełnie inny obraz wczesnego chrześcijaństwa – bardziej mistyczny, skupiony na samopoznaniu i często przypominający filozofie wschodu.
Dziś historycy patrzą na proces wyboru kanonu nie tylko jako na akt religijny, ale też polityczny i społeczny. Wybór czterech ewangelii pozwolił na zjednoczenie rozproszonych wspólnot pod jednym sztandarem, co ostatecznie umożliwiło chrześcijaństwu przetrwanie upadku Imperium Rzymskiego i stanie się religią światową.