Gość (188.146.*.*)
Wizja mknącego po autostradzie samochodu z ryczącym silnikiem odrzutowym rodem z myśliwca F-16 rozpala wyobraźnię fanów science-fiction od dekad. Choć technologia ta wydaje się uosobieniem prędkości i nowoczesności, w rzeczywistości codzienna jazda „odrzutowcem” do pracy byłaby logistycznym i ekologicznym koszmarem. Istnieje kilka kluczowych powodów, dla których producenci aut trzymają się kół napędzanych tradycyjnymi silnikami, a odrzutowce zostawiają pilotom.
Główna różnica między samochodem a samolotem odrzutowym tkwi w sposobie generowania ruchu. Tradycyjny samochód wykorzystuje tarcie – silnik obraca koła, które „odpychają się” od asfaltu. Silnik odrzutowy działa na zasadzie trzeciej zasady dynamiki Newtona: wyrzuca gazy spalinowe z ogromną prędkością do tyłu, co generuje siłę ciągu pchającą pojazd do przodu.
Problem pojawia się w wydajności. Silniki odrzutowe są niezwykle sprawne, ale tylko przy bardzo wysokich prędkościach i na dużych wysokościach, gdzie powietrze jest rzadsze. W ruchu miejskim, przy prędkościach rzędu 50-70 km/h, silnik odrzutowy spalałby astronomiczne ilości paliwa, dając w zamian znikomą efektywność. To tak, jakby używać armaty do wbicia gwoździa – da się, ale koszty i straty energii są absurdalne.
Wyobraź sobie, że stoisz w korku za samochodem odrzutowym. Temperatura gazów wylotowych z małej turbiny może przekraczać 500-600 stopni Celsjusza. W przypadku prawdziwego silnika odrzutowego mówimy o temperaturach, które w mgnieniu oka stopiłyby plastikowy zderzak auta jadącego z tyłu, spaliły lakier, a nawet uszkodziły nawierzchnię drogi.
Asfalt nie jest odporny na ekstremalne ciepło – pod wpływem strumienia gazów odrzutowych po prostu zacząłby mięknąć i niszczeć. Aby samochody odrzutowe mogły bezpiecznie poruszać się po drogach, musielibyśmy przebudować całą infrastrukturę i wprowadzić restrykcyjne zasady dotyczące bezpiecznego dystansu, który musiałby wynosić kilkadziesiąt metrów.
Kolejną barierą nie do przeskoczenia jest poziom hałasu. Silnik odrzutowy to w zasadzie kontrolowana, ciągła eksplozja. Startujący samolot generuje dźwięk o natężeniu około 140 decybeli – to próg bólu, który może trwale uszkodzić słuch. Nawet mniejsze turbiny, które mogłyby trafić do aut, generują przeraźliwy świst o wysokiej częstotliwości. Żadne ekrany akustyczne ani wyciszenie kabiny nie rozwiązałyby problemu komfortu życia mieszkańców miast, w których tysiące takich maszyn pracowałoby jednocześnie.
Kierowcy cenią sobie natychmiastową reakcję na pedał gazu. W silniku spalinowym (a zwłaszcza elektrycznym) moment obrotowy jest dostępny niemal od razu. Silniki odrzutowe potrzebują czasu, aby „rozpędzić” turbinę do odpowiednich obrotów i wygenerować ciąg. To zjawisko nazywa się „spool-up time”. W sytuacjach awaryjnych, gdzie ułamek sekundy decyduje o uniknięciu kolizji, takie opóźnienie byłoby śmiertelnie niebezpieczne.
W latach 60. XX wieku firma Chrysler podjęła ambitną próbę wprowadzenia turbin pod strzechy. Wyprodukowano 55 egzemplarzy modelu Chrysler Turbine Car. Zamiast tradycyjnego tłoka, pod maską pracowała turbina gazowa. Samochód ten mógł jeździć na niemal wszystkim, co było palne: benzynie, oleju napędowym, nafcie, a nawet... perfumach czy tequili (prezydent Meksyku osobiście to przetestował!). Choć auto było niesamowicie trwałe i miało bardzo mało części ruchomych, projekt upadł z powodu wysokiego zużycia paliwa w mieście oraz problemów z emisją tlenków azotu.
Mimo że nie kupimy odrzutowego Fiata w salonie, takie pojazdy istnieją i służą jednemu celowi: biciu rekordów prędkości. Najsłynniejszy z nich, ThrustSSC, to w zasadzie dwa silniki odrzutowe z myśliwca Rolls-Royce Spey zamontowane na kołach. W 1997 roku pojazd ten jako pierwszy w historii oficjalnie przekroczył barierę dźwięku na lądzie, osiągając prędkość 1228 km/h.
Warto jednak zauważyć, że ThrustSSC nie „jechał” w tradycyjnym sensie – jego koła nie były napędzane. Silniki po prostu pchały konstrukcję do przodu, a koła służyły jedynie do utrzymania kierunku i stabilności.
Dzisiaj inżynierowie zamiast nad napędem odrzutowym, pracują nad wydajnością baterii i silników elektrycznych. Są one przeciwieństwem odrzutowców: ciche, niesamowicie wydajne przy niskich prędkościach i nie emitują spalin bezpośrednio za pojazd. Choć wizja ognia wydobywającego się z rury wydechowej podczas wyjazdu po zakupy jest kusząca dla fanów motoryzacji, względy praktyczne, ekonomiczne i bezpieczeństwa sprawiają, że silniki odrzutowe pozostaną tam, gdzie ich miejsce – wysoko w chmurach.