Gość (83.4.*.*)
Wyobraźmy sobie świat, w którym Adolf Hitler i dowództwo Wehrmachtu uznają projekt rakiety A4 (znanej szerzej jako V-2) za zbyt kosztowny i nieefektywny. Zamiast pompować miliardy marek w "broń odwetową", która ostatecznie nie zmieniła losów wojny, Niemcy skupiają się na napędzie odrzutowym dla myśliwców lub konwencjonalnej artylerii. Choć dla przebiegu samej II wojny światowej mogłoby to mieć marginalne znaczenie, to dla późniejszej zimnej wojny byłaby to prawdziwa rewolucja. V-2 nie była bowiem tylko rakietą – była fundamentem, na którym USA i ZSRR zbudowały swoją potęgę militarną i kosmiczną.
Gdyby projekt V-2 nie istniał, operacje takie jak amerykański "Paperclip" (Spinacz) czy radziecki "Osoawiachim" miałyby zupełnie inny charakter. Po zakończeniu wojny obie superpotęgi dosłownie biły się o niemieckich inżynierów i gotowe egzemplarze rakiet. Wernher von Braun, ojciec amerykańskiego programu kosmicznego, nie miałby czego pokazać Amerykanom, a Siergiej Korolow w Związku Radzieckim nie miałby na czym bazować przy tworzeniu rakiety R-1 (która była niemal kopią V-2).
Bez gotowej technologii rakietowej z lat 40., rozwój międzykontynentalnych pocisków balistycznych (ICBM) mógłby zostać opóźniony o dekadę lub dwie. Naukowcy musieliby przechodzić przez fazę prób i błędów, którą Niemcy wykonali w ośrodku Peenemünde. Oznacza to, że wczesna zimna wojna opierałaby się niemal wyłącznie na strategicznych bombowcach.
W rzeczywistej historii zimnej wojny, pojawienie się pocisków balistycznych zmieniło wszystko. Czas reakcji na atak skrócił się z godzin (potrzebnych bombowcom na przelot nad oceanem) do zaledwie 30 minut. Gdyby V-2 nie zainspirowało rozwoju ICBM, świat mógłby dłużej żyć w epoce, w której obrona przeciwlotnicza miała realne szanse na powstrzymanie ataku nuklearnego.
To z kolei mogłoby wpłynąć na stabilność doktryny MAD (Gwarantowanego Wzajemnego Zniszczenia). Bez rakiet, które są niemal niemożliwe do przechwycenia tradycyjnymi metodami, kryzysy takie jak kubański mogłyby mieć zupełnie inny przebieg. Być może napięcie byłoby mniejsze, bo obie strony miałyby więcej czasu na reakcję i dyplomację, zanim samoloty z ładunkami dotarłyby do celu.
Warto wiedzieć, że V-2 była napędzana mieszanką płynnego tlenu i alkoholu etylowego. Ten alkohol pozyskiwano głównie z fermentacji ziemniaków. W czasie, gdy w Niemczech panował głód, produkcja rakiet pochłaniała ogromne zasoby żywności, co pokazuje, jak desperackim i kosztownym projektem była ta broń.
Najbardziej widoczną zmianą byłby brak wyścigu kosmicznego w takiej formie, jaką znamy. Bez fundamentów V-2, ZSRR prawdopodobnie nie wystrzeliłoby Sputnika w 1957 roku. To właśnie ten mały, piszczący satelita wywołał w USA "szok sputnikowy", który doprowadził do powstania NASA i lądowania na Księżycu.
Gdyby III Rzesza zrezygnowała z V-2:
Istnieje hipoteza, że to właśnie ogromne koszty wyścigu zbrojeń (w tym kosmicznego) doprowadziły do ostatecznego załamania gospodarczego Związku Radzieckiego. Gdyby technologia rakietowa nie była tak zaawansowana, wydatki na zbrojenia mogłyby być rozłożone w czasie, co paradoksalnie mogłoby przedłużyć trwanie bloku wschodniego.
Z drugiej strony, brak rakiet balistycznych mógłby zachęcać do częstszych wojen konwencjonalnych. Strach przed "przyciskiem", który w ułamku sekundy niszczy miasto na innym kontynencie, był potężnym hamulcem dla bezpośredniego konfliktu między USA a ZSRR. Bez V-2 jako punktu wyjścia dla ICBM, zimna wojna mogłaby być znacznie "gorętsza" w swoich wczesnych fazach.
Podsumowując, rezygnacja z V-2 przez III Rzeszę to klasyczny przykład efektu motyla. Jedna decyzja o wstrzymaniu badań nad "bezużyteczną" rakietą mogłaby sprawić, że dzisiejszy świat byłby technologicznie zapóźniony o co najmniej 20 lat, a mapa polityczna XX wieku wyglądałaby zupełnie inaczej.