Gość (37.30.*.*)
W dobie rosnącej liczby regulacji, takich jak dyrektywa Omnibus, RODO czy przepisy dotyczące prawa do naprawy, wielu przedsiębiorców i obserwatorów rynku zadaje sobie pytanie: czy wahadło ochrony konsumenta nie wychyliło się zbyt mocno w jedną stronę? Obawa o to, że Unia Europejska staje się „skansenem regulacyjnym”, w którym biznes przegrywa z każdą reklamacją, jest żywa w debacie publicznej. Warto jednak rozłożyć ten problem na czynniki pierwsze, oddzielając fakty od rynkowych mitów.
Teza, że każdy spór z przedsiębiorcą będzie z góry rozstrzygany na korzyść osoby fizycznej, jest w dużej mierze mitem, choć opartym na realnej tendencji prawnej. Unijne prawo rzeczywiście opiera się na domniemaniu, że konsument jest słabszą stroną stosunku prawnego – ma mniejszą wiedzę specjalistyczną i mniejszy kapitał niż firma.
W praktyce nie oznacza to jednak automatyzmu. Sądy i organy ochrony konkurencji (jak polski UOKiK) nadal wymagają dowodów. Przykładowo, w przypadku reklamacji z tytułu rękojmi, to na sprzedawcy spoczywa ciężar dowodu, że wada nie istniała w momencie wydania towaru (przez określony czas), ale nie oznacza to, że konsument może bezkarnie niszczyć sprzęt i żądać zwrotu pieniędzy. Nadużycia prawa przez konsumentów są coraz częściej dostrzegane, a orzecznictwo stara się zachować balans, by nie doprowadzić do paraliżu handlu.
Tutaj wchodzimy w obszar faktów. Każda nowa regulacja – od konieczności informowania o najniższej cenie z ostatnich 30 dni po surowe wymogi dotyczące recyklingu – generuje koszty po stronie przedsiębiorcy. Firmy muszą inwestować w nowe systemy IT, obsługę prawną i działy reklamacji.
Zjawisko to ma dwa bezpośrednie skutki:
Można więc uznać za prawdę, że nadmierna regulacja wpływa na portfele Europejczyków, paradoksalnie uderzając w tych, których miała chronić.
Ryzyko przenoszenia działalności do krajów o łagodniejszych przepisach, takich jak Turcja, Egipt czy kraje Azji Południowo-Wschodniej, jest realne i nazywane często „wyciekiem regulacyjnym”. Turcja jest tu szczególnie istotnym przykładem ze względu na unię celną z UE oraz bliskość geograficzną.
Firmy szukają tam nie tylko tańszej siły roboczej, ale przede wszystkim braku tak restrykcyjnych wymogów dotyczących raportowania ESG (środowisko, społeczna odpowiedzialność, ład korporacyjny) czy ochrony konsumenta, które w UE stają się standardem. Jeśli koszt wytworzenia produktu w Europie wraz z obsługą „posprzedażową” narzuconą przez prawo staje się zbyt wysoki, produkcja opuszcza kontynent.
Odpowiedź brzmi: tak, choć tempo reakcji bywa krytykowane. W ostatnim czasie nastąpił wyraźny zwrot w retoryce najważniejszych urzędników w Brukseli.
Warto wiedzieć, że Turcja już teraz jest jednym z największych dostawców sprzętu AGD i tekstyliów do Unii Europejskiej. Wiele marek, które kojarzymy z europejskim designem, de facto produkuje swoje towary w tureckich fabrykach (np. w Manisie, która jest jednym z największych centrów produkcji elektroniki na świecie). To pokazuje, że proces, o który pytasz, już trwa, a UE musi teraz znaleźć sposób, by uczynić produkcję wewnątrz wspólnoty ponownie opłacalną.
Podsumowując, choć wizja „dyktatury konsumenta” jest nieco przerysowana, to obawy o konkurencyjność europejskiej gospodarki są w pełni uzasadnione. Unia Europejska znajduje się obecnie w punkcie zwrotnym, próbując pogodzić wysokie standardy ochrony obywateli z koniecznością przetrwania w globalnym wyścigu gospodarczym. To, czy uda się zapobiec masowej relokacji, zależy od tego, jak szybko zapowiedzi „deregulacji” i „uproszczenia przepisów” wejdą w życie.