Gość (83.4.*.*)
Film „1920 Bitwa Warszawska” w reżyserii Jerzego Hoffmana miał być wielkim, narodowym widowiskiem, które z rozmachem pokaże jeden z najważniejszych triumfów polskiego oręża. Zamiast tego, dla wielu widzów, symbolem tej produkcji stała się jedna, konkretna scena: Natasza Urbańska wcielająca się w rolę Oli Raniewskiej, która z determinacją na twarzy obsługuje ciężki karabin maszynowy (Ckm). Choć intencje twórców były jasne – chcieli pokazać heroizm kobiet walczących o niepodległość – efekt końcowy otarł się o groteskę. Dlaczego nawet osoby, które nie odróżniają bagnetu od karabinu, wyczuły, że coś tu jest nie tak?
Największym problemem sceny z Nataszą Urbańską jest całkowite zignorowanie praw fizyki. Karabin, który obsługuje bohaterka, to rosyjski Maxim wz. 1910. To nie jest lekka broń, którą można swobodnie manewrować. Sam korpus karabinu waży około 20 kilogramów, ale to dopiero początek. Aby Maxim mógł strzelać i nie przegrzać się po kilku seriach, jego lufa jest otoczona chłodnicą wypełnioną wodą (kolejne 4 litry, czyli 4 kg). Całość spoczywa na ciężkiej, stalowej podstawie kołowej (tzw. podstawie Sokołowa), która waży około 40 kilogramów.
Podsumowując: zestaw, który bohaterka przesuwa i obsługuje z taką lekkością, waży łącznie ponad 60 kilogramów. W filmie postać grana przez Urbańską operuje tą maszynerią w sposób, który sugeruje, że broń jest niemal pozbawiona masy. Widz podświadomie wyczuwa ten brak ciężaru – ruchy aktorki są zbyt płynne, zbyt "teatralne", co natychmiast niszczy iluzję realizmu pola walki.
Kolejnym powodem, dla którego scena ta wzbudziła uśmiech politowania, był kontrast między brutalnością wojny a wyglądem głównej bohaterki. Bitwa Warszawska była krwawym, brudnym i wyczerpującym starciem. Tymczasem Ola Raniewska w kulminacyjnym momencie walki wygląda, jakby przed chwilą zeszła z planu sesji zdjęciowej do magazynu modowego lub nagrywała teledysk.
Nienaganny makijaż, idealnie ułożone włosy, które ledwo co wymknęły się spod czapki, oraz czysty mundur sprawiały, że postać kompletnie nie pasowała do otoczenia pełnego wybuchów i błota. Widzowie, nawet nie znając realiów historycznych, intuicyjnie wiedzą, że walka o życie nie sprzyja zachowaniu perfekcyjnego wyglądu. Ta "sterylność" sprawiła, że scena stała się sztuczna i mało przekonująca.
Warto wspomnieć, że udział kobiet w Bitwie Warszawskiej nie był fikcją literacką. Istniała Ochotnicza Legia Kobiet (OLK), której członkinie brały czynny udział w walkach, pełniły służbę wartowniczą, a nawet walczyły na pierwszej linii frontu. Problem z filmem Hoffmana nie polega więc na samym fakcie pokazania walczącej kobiety, ale na sposobie, w jaki to zrobiono – zamieniając autentyczny heroizm w kiczowaty obrazek.
„1920 Bitwa Warszawska” była promowana jako pierwsza polska superprodukcja zrealizowana w technologii 3D. To wymusiło na twórcach specyficzny sposób kadrowania i inscenizacji. Wiele ujęć, w tym to z Nataszą Urbańską przy karabinie, zostało skomponowanych tak, aby "wychodzić" z ekranu w stronę widza.
Niestety, nadmiar efektów slow-motion (zwolnionego tempa) oraz nienaturalne zbliżenia na twarz aktorki, która z natchnioną miną posyła kule w stronę wroga, dały efekt odwrotny do zamierzonego. Zamiast budować napięcie i dramatyzm, technologia 3D uwypukliła wszystkie niedociągnięcia scenograficzne i aktorskie, czyniąc scenę nienaturalnie przerysowaną.
Nawet laik zauważy, że w tej scenie brakuje... ludzi. W rzeczywistości obsługa Maxima składała się z kilku osób (zazwyczaj od 3 do 5). Jeden żołnierz strzelał, drugi podawał taśmę z amunicją, dbając o to, by się nie zacięła, a pozostali odpowiadali za transport amunicji i wody do chłodnicy.
W filmie widzimy "jednoosobową armię". Bohaterka sama celuje, sama strzela i zdaje się nie mieć problemów z zasilaniem broni, która w tamtych czasach była niezwykle kapryśna i podatna na zacięcia. Takie uproszczenie sprawiło, że scena przypominała raczej kino akcji klasy B z lat 80. niż poważny dramat historyczny.
Jeśli chcielibyśmy obliczyć, jak długo bohaterka mogłaby prowadzić ogień ciągły, musimy spojrzeć na liczby:
Oznacza to, że bez pomocy drugiej osoby, która sprawnie wymieniałaby taśmy i dbała o ich równe podawanie, Ola Raniewska mogłaby cieszyć się strzelaniem przez zaledwie kilkanaście sekund, zanim musiałaby przerwać walkę, by samodzielnie przeładować ciężką i skomplikowaną broń. W filmie jednak ogień zdaje się nie mieć końca, co jest kolejnym gwoździem do trumny realizmu tej produkcji.