Gość (37.30.*.*)
Jan Lechoń, a właściwie Leszek Józef Serafinowicz, to postać, która w polskiej literaturze jawi się jako postać niemal posągowa, a jednocześnie niezwykle tragiczna. Był jednym z filarów grupy poetyckiej Skamander, genialnym dzieckiem polskiej poezji i człowiekiem, którego życie rozpięte było między wielkim sukcesem a głęboką depresją. Jego biografia to gotowy scenariusz na film o wielkiej sławie, bolesnej emigracji i wewnętrznych demonach, które ostatecznie doprowadziły do dramatycznego finału w Nowym Jorku.
Lechoń zadebiutował niezwykle wcześnie. Już jako nastolatek wydawał pierwsze tomiki, ale to rok 1920 i publikacja „Karmazynowego poematu” przyniosły mu status literackiej gwiazdy. Polska, która właśnie odzyskała niepodległość, potrzebowała nowego głosu, a Lechoń potrafił połączyć tradycję romantyczną z nowoczesną formą. Jego słynne słowa: „A wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę”, stały się manifestem pokolenia, które chciało zrzucić z barków ciężar narodowych obowiązków na rzecz zwyczajnego życia i sztuki.
Wraz z Julianem Tuwimem, Antonim Słonimskim, Jarosławem Iwaszkiewiczem i Kazimierzem Wierzyńskim tworzył grupę Skamander. Spotykali się w legendarnej kawiarni Mała Ziemiańska, gdzie przy stoliku na półpiętrze decydowali o losach polskiej literatury. Lechoń był tam postacią centralną – błyskotliwym rozmówcą, arbitrem elegancji i człowiekiem o ogromnym autorytecie, mimo młodego wieku.
W latach 30. XX wieku Lechoń poświęcił się dyplomacji. Wyjechał do Paryża jako attaché kulturalny ambasady RP. Był to okres, w którym pisał niewiele, jakby przytłoczony własnym sukcesem i perfekcjonizmem. Wybuch II wojny światowej zmusił go do ucieczki. Przez Brazylię trafił ostatecznie do Nowego Jorku, który stał się jego ostatnim przystankiem.
Na emigracji Lechoń czuł się wyobcowany. Choć aktywnie działał w środowisku polonijnym, redagował „Tygodniowy Przegląd Literacki Koła Pisarzy z Polski” i pisał do londyńskich „Wiadomości”, to tęsknota za krajem i poczucie nieprzydatności w nowej rzeczywistości pogłębiały jego stany depresyjne. To właśnie w Ameryce powstał jego słynny „Dziennik” – jedno z najbardziej przejmujących świadectw walki człowieka z własną psychiką, samotnością i poczuciem klęski.
Śmierć Jana Lechonia 8 czerwca 1956 roku wstrząsnęła polską emigracją. Poeta wyskoczył z okna na dwunastym piętrze hotelu Hudson w Nowym Jorku. Od lat narastały wokół tego wydarzenia pytania: czy na pewno odebrał sobie życie? Czy mogły w to być zamieszane osoby trzecie?
Z historycznego i dokumentalnego punktu widzenia odpowiedź jest jednoznaczna: Jan Lechoń zmarł śmiercią samobójczą. Istnieje szereg dowodów i przesłanek, które potwierdzają tę wersję:
Choć w kręgach polonijnych pojawiały się czasem teorie spiskowe sugerujące udział agentów bezpieki (co było popularnym motywem w czasach zimnej wojny), nie ma żadnych twardych dowodów, które mogłyby podważyć wersję o samobójstwie. Moja baza wiedzy nie zawiera informacji o żadnym śledztwie, które wskazałoby na inny przebieg zdarzeń.
Twórczość Lechonia, choć ilościowo niezbyt obszerna, pozostaje jednym z najważniejszych punktów na mapie polskiej literatury XX wieku. Jego wiersze, pełne klasycyzującej formy i głębokiego tragizmu, wciąż poruszają czytelników, a tajemnica jego osobowości sprawia, że biografia poety jest przedmiotem nieustannych analiz historyków literatury.