Gość (37.30.*.*)
Większość z nas odczuwa inflację na własnej skórze podczas codziennych zakupów. Widzimy, że masło, paliwo czy prąd kosztują więcej niż rok temu. Jednak śledząc wiadomości ekonomiczne, często natykamy się na dwa różne pojęcia: inflację konsumencką (CPI) oraz inflację bazową. Choć brzmią podobnie, niosą ze sobą zupełnie inne informacje o stanie gospodarki i o tym, co może wydarzyć się z naszymi portfelami w przyszłości.
Zacznijmy od podstaw. Inflacja, a konkretnie wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych (z ang. CPI – Consumer Price Index), to najpopularniejsza miara wzrostu cen. Oblicza się ją na podstawie tzw. koszyka zakupowego przeciętnego gospodarstwa domowego. W tym koszyku znajduje się niemal wszystko: od chleba i mięsa, przez buty i elektronikę, aż po rachunki za gaz, paliwo na stacjach czy wizytę u fryzjera.
Główny Urząd Statystyczny (GUS) co miesiąc sprawdza, jak zmieniły się ceny tych wszystkich produktów i usług. Jeśli suma wydatków na ten koszyk rośnie, mówimy o inflacji. Jest to wskaźnik, który najlepiej oddaje to, jak zmienia się siła nabywcza naszych pieniędzy „tu i teraz”.
Inflacja bazowa to wskaźnik, który powstaje poprzez „oczyszczenie” ogólnej inflacji z najbardziej zmiennych elementów. Najczęściej stosowaną metodą (używaną m.in. przez Narodowy Bank Polski) jest inflacja po wyłączeniu cen żywności i energii.
Dlaczego akurat te dwie grupy są usuwane? Ponieważ ceny pomidorów, masła, ropy naftowej czy prądu zależą od czynników, na które krajowa polityka pieniężna ma znikomy wpływ. Na ceny żywności wpływa pogoda (susze lub urodzaj), a na ceny energii sytuacja geopolityczna na świecie (np. wojny, decyzje krajów OPEC). Te ceny potrafią gwałtownie rosnąć i równie szybko spadać, tworząc „szum” informacyjny.
Inflacja bazowa pozwala ekonomistom zajrzeć pod powierzchnię tych nagłych skoków i zobaczyć, jak drożeją towary i usługi, których ceny są bardziej stabilne i zależą od kondycji lokalnej gospodarki oraz popytu konsumentów.
Zrozumienie różnicy między tymi dwoma wskaźnikami staje się prostsze, gdy spojrzymy na nie przez pryzmat przyczyn wzrostu cen:
Można by pomyśleć: „Co mnie obchodzi inflacja bazowa, skoro i tak muszę kupować jedzenie i płacić za prąd?”. To prawda, dla przeciętnego Kowalskiego najważniejszy jest wskaźnik CPI. Jednak dla Rady Polityki Pieniężnej i NBP to właśnie inflacja bazowa jest kluczowym drogowskazem przy podejmowaniu decyzji o stopach procentowych.
Bank centralny nie ma wpływu na to, czy w tym roku będzie susza, ani po ile będzie baryłka ropy w Nowym Jorku. Może jednak wpływać na to, ile pieniędzy krąży w gospodarce. Jeśli inflacja bazowa jest wysoka, to sygnał, że wzrost cen utrwalił się w gospodarce i może być konieczne podniesienie stóp procentowych, aby schłodzić rynek.
Ciekawostką jest fakt, że to, co wchodzi w skład koszyka inflacyjnego, nie jest stałe. GUS co roku aktualizuje jego skład, aby jak najlepiej odzwierciedlał on rzeczywiste wydatki Polaków.
W przeszłości w koszyku znajdowały się np. kasety magnetofonowe czy abonament za telefon stacjonarny. Dziś ich miejsce zajęły usługi streamingowe (jak Netflix czy Spotify), smartfony oraz wydatki na catering dietetyczny. Dzięki temu wskaźnik inflacji idzie z duchem czasu, choć zawsze pozostaje pewnym uproszczeniem – w końcu każdy z nas ma swój własny, indywidualny „koszyk”, zależny od stylu życia.
Jeśli słyszysz w mediach, że inflacja spadła, ale inflacja bazowa nadal rośnie, oznacza to, że choć tanieją surowce na rynkach światowych, to ceny w naszych sklepach i punktach usługowych nadal pną się w górę z przyczyn wewnętrznych. Inflacja ogólna mówi nam, jak bardzo ucierpiał nasz portfel dzisiaj, a inflacja bazowa podpowiada, czy drożyzna zostanie z nami na dłużej.